piątek, 30 lipca 2010

ZAGROŻENIA


Niezwykłe były zagrożenia, które trzeba było rozpoznawać. W afgańskich glinianych domach, gdzie podłogi na glinianej polepie wyplatane były na miejscu, według wymiarów pomieszczeń i w miarę zużycia pokrywane następną warstwą mat powszechnie występowały skorpiony. W czasie mego pierwszego noclegu u Bogdana, jego żona Halina znalazła malutkiego skorpionka grzejącego się w fałdach przygotowanego dla mnie śpiwora. Uprzedziła, żeby rano sprawdzić zawartość butów, przed założeniem na nogi.

W glinianych koszarach afgańscy żołnierze wystawiali naczyńka z wodą dla skorpionów, które czyściły pomieszczenia z robactwa. Rozcieńczony jad skorpionów jest nie groźny dla życia, a śmiertelnie groźne są skorpiony pustynne żyjące na cmentarzach i skażone rozkładającymi się trupami. Ich odwłoki są czarne od skondensowanego jadu.

Po osiedlach buszowały sfory bezpańskich zdziczałych psów, które czyściły okolice z odpadków. Były nienawidzone i odganiane kamieniami, gdyż ponoć pies ugryzł Mahometa i za obelgę „sak” była tylko jedna odpowiedź - śmierć. (Wyjątek stanowiły psy pasterskie, oraz harty używane do polowań, które uważano za odrębny gatunek zwierząt.) Myśmy dokarmiali bezpańskie psy chlebem i przemawialiśmy do nich, więc często na spacerach po osiedlu towarzyszyło nam kilka machających przyjaźnie ogonami psów. Napotykani Afganowi prosili nas niekiedy, żeby psy zawołać, bo bali się, że zostaną przez nie zaatakowani.

Latem po południu zrywał się w Kabulu wiatr - szamol, który rozpoczynał się co dzień regularnie o tej samej porze i wiał przez godzinę wznosząc kurz i śmieci i uniemożliwiając poruszanie się w tym czasie po ulicach, a w domu osadzał grubą warstwę kurzu, który przenikał przez zamknięte okna.

Przy drzwiach wejściowych kłębiły się chmary much – trzeba było szybko wchodzić do mieszkania, żeby jak najmniej tych much wdarło się do wnętrza., a potem zaczynała się walka z muchami packami skórzanymi, lub gumowymi, osadzonymi na patykach i wszelkiego rodzaju lepami i płynami na muchy. Po zmywaniu cementowej podłogi w naszym mieszkaniu brudna woda w kuble pokryta była kożuchem martwych much, które kiedyś mały Michał z lubością zaczął wyjadać łyżką.

Tradycyjny system zaopatrzenia w wodę „dżujami” (otwartymi kanałami), służył zarazem, jako ściek. Dlatego zatrudniano nosiwodów, którzy w skórzanych workach na plecach nosili wodę ze źródeł położonych w pobliskich górach. Kiedyś widziałem „bacia sakao” (nosiwodę), który napełniał swój worek w zbiorniku pożarowym, odgarniając zieloną skorupę pokrywającą powierzchnię wody. Pewno nie lubił swojego klienta?

W latach siedemdziesiątych Rosjanie wywiercili 40 studni artezyjskich, które zaopatrywały wodociąg miejski w krystalicznie czystą wodę. Poza Kabulem nadal istniał irygacyjny system dżui, rozprowadzający wodę po polach, z którego korzystali mieszkańcy. W każdej wsi był urzędnik rozdzielający wodę według wioskowego klucza. Wszystkie przydrożne gospody -czojchany brały z nich wodę do samowarów, gotowania i do ablucji.

SPORT, HAZARD, BAZAR


Wiele jest śladów sięgających głęboko w przeszłość. Zaszczepiona ponoć przez Mongołów gra buskaszi królująca w Kunduzie, konnej stolicy północnej części Afganistanu, której zwycięzca zostawał na rok herosem - bohaterem całego kraju, przyniesione z Chin walki latawców, w zimie zastępowane walkami psów, które w tym czasie nie musiały pilnować przed wilkami nomadzkiego bydła, kóz i owiec, bo te były przepędzane na ciepłe pastwiska Pakistanu, również walki wielbłądów, baranów i pustynnych przepiórek, które w klatkach czekały na walkę w każdej czojchanie, (gdzie podawano herbatę z wody czerpanej z dżui, gotowaną w ruskich samowarach produkowanych jeszcze w carskich czasach w Tule). Wszystko to było przedmiotem hazardu. Fortuny powstawały i znikały w wyniku zakładów. Pliki banknotów przyciskane kamieniami, dla ochrony przed wiatrem świadczyły o skali hazardu. Bookmacherzy siedzieli w kucki otoczeni gromadką podnieconych hazardzistów w turbanach i przyjmowali zakłady. To wszystko przenosiło nas w zupełnie inny świat, jak w bajce i zachwycało.

Zaskakiwały nas na każdym niemal kroku różnice obyczajowe. Niezwykła była atmosfera ulicznego bazaru staroci, gdzie wzdłuż dżui siedzieli w kucki sprzedawcy, a przed nimi rozłożone były na szmatach drobiazgi – od znalezionych figurek z czasów kultury baktryjskiej, to jest z okresu po Aleksandrze Macedońskim, przez różne przedmioty, które już wyszły z użycia, po tanią, ale piękną biżuterię nomadzką. Handel to był rytuał i gra. Kupujący starał się nie ujawnić prawdziwego przedmiotu swojego zainteresowania, a sprzedawca próbował się domyśleć i wywindować cenę możliwie najwyżej. Bywałem tam, co tydzień, witany kordialnie i częstowany herbatą, lub fantą albo spritem. Rozmowa i targi trwały długo i były przez obie strony traktowane, jako towarzyska rozrywka. Zapłacenie od razu żądanej ceny było traktowane, jak obelga. Sprzedający uważał wówczas, że się nim pogardza i nie chce nawiązać kontaktu, a poza tym, czuł się oszukany, bo gdyby podał wyższą cenę, to ten głupi Europejczyk też by zapłacił bez targowania. Natomiast po długich targach wiadomo było, że więcej pieniędzy nie udałoby się dostać. Czasem jedną rzecz targowało się przez kilka tygodni, a zawarcie transakcji, bez względu na jej wartość, witane było z radością i zakończane długimi uściskami dłoni i wyrazami przywiązania do „rafika” (przyjaciela).

wtorek, 22 czerwca 2010

Wojenny Pacyfizm

Moja siostra Jadwiga przyznała się swoim synom, że kiedy mając 13 lat zobaczyła Ryszarda, postanowiła zostać jego żoną.

Ryszard w młodym wieku stracił ojca. Był komunizującym studentem wydziału mechanicznego Politechniki Warszawskiej. Uwierzył w międzynarodowe, światowe państwo, które wprowadzi równość wszystkich ludzi, a uciemiężonych przez kapitalizm ludzi pracy zamieni we współgospodarzy tego państwa. Uwierzył, że Związek Sowiecki, drogą światowej rewolucji zaprowadzi sprawiedliwość na całym świecie. Czy to nie przypomina nauk Chrystusa, który mówił, że ostatni będą pierwszymi, a łatwiej przejść wielbłądowi przez ucho igielne, niż bogaczowi dostać się do Królestwa Bożego?

Rodzinna anegdota powiada, że przed wojną Ryszard na imieninach swego stryja, weterana wojny bolszewickiej i kawalera orderu Virtuti Militari, powiedział, że największym nieszczęściem Polski był Cud nad Wisłą. Stryja, po trzech miesiącach odebrano ze szpitala,m dokąd, trafiony apopleksją, został przewieziony karetką pogotowia wprost z imienin.

Latem 1940 roku, u Jadwigi i Ryszarda mieszkał pan Ciemniewski, przedwojenny komunista, członek rozwiązanego przez Komintern KPP. To był „guru” Ryszarda. Ja, mając 15 lat usiłowałem dyskutować z nim na tematy polityczne, ale – oczywiście – nie byłem w stanie obalać jego argumentów, choć wierzyłem w swoje racje.

W pierwszej fazie wojny, kiedy Stalin zawarł pakt z Hitlerem, Ryszard był pacyfistą. Małemu Adamowi nie wolno było przynosić żadnych zabawek związanych z bronią i wojskiem, co nie przeszkadzało Adamowi, kiedy był zły na kogoś mówić „odejdź, bo cie zbombajduje”.

Po wybuchu wojny niemiecko sowieckiej Ryszard zmienił swój stosunek do wojny, wstąpił do PPR i został żołnierzem Al. W Powstaniu Warszawskim Ryszard był w sztabie warszawskim AL.

W czasie Powstania miało miejsce dziwne, rodzinne spotkanie. Mój ojciec, oficer sztabu AK, przekazywał swojemu zięciowi, przedstawicielowi sztabu warszawskiego AL, radiotelegrafistę sowieckiego. Oficjalnym świadkiem była przedstawicielka zarządu PCK, koleżanka szkolna Jadwigi, Zocha Schuchówna, a konwojentem był mój kolega szkolny z gimnazjum Batorego i kompletów tajnego nauczania, a zarazem kolega z konspiracji AK, Kazik Radwański.

Po kapitulacji Ryszard otrzymał legitymację żołnierza AK jak wszyscy uczestnicy Powstania z AL, (żeby Niemcy traktowali ich zgodnie z konwencją genewską), ale nie poszedł do niewoli. Wyszedł z Warszawy z ludnością cywilną i szczęśliwie dotarł do Częstochowy, gdzie w stopniu kapitana (nigdy nie służył w wojsku), brał udział w konspiracji komunistycznej.

Po przejściu frontu pracował w KC PPR na stanowisku zastępcy sekretarza do spraw przemysłu na Wybrzeżu (sekretarzem był „towarzysz” Popiel).

Ryszard wpadł w konflikt z kierownictwem partii, prawdopodobnie na tle unarodowienia idei komunistycznej (był przecież wyznawcą komunizmu międzynarodowego) i w roku 1947 popełnił samobójstwo.

Zostawił list do Jadwigi, ale działo się to pod jej nieobecność w domu, a służąca, która była na usługach UB, przekazała list wezwanym przez nią funkcjonariuszom. Jadwiga nigdy nie dowiedziała się, co było w tym liście.

Ryszard został pochowany na wojskowym cmentarzu, na Powązkach, w kwaterze żołnierzy AL.

Jadwiga, przyboczna drużynowej ZHP i przewodnicząca szkolnego koła Sodalicji Mariańskiej, po małżeństwie z Ryszardem stała się ideową komunistką i dopiero drugie małżeństwo z Arturem, poznanym w Moskwie polskim Żydem ze Lwowa, odmieniło jej światopogląd.

czwartek, 17 czerwca 2010

KULTURNE SERWETKI


Generał Turkiel był pilotem i został dowódcą wojsk lotniczych. Był Rosjaninem i nie mówił ani słowa po polsku.Po raz pierwszy spotkałem go na budowie lotniska, gdzie miałem z nim omówić jakieś problemy związane z przeznaczeniem i przebudową budynków. W świcie generała było mnóstwo wyższych oficerów, z których każdy starał się być jak najbliżej generała, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. Ja byłem podporucznikiem – najniższym rangą oficerem. Wędrowaliśmy po obiekcie, a generał wciąż na mnie czekał. W końcu powiedział: „Co wy tacy wolni jesteście?” Wyjaśniłem: „Powiedziano mi, że w wojsku powinienem chodzić trzy kroki za starszymi stopniem.” Odpowiedział: „Idźcie obok mnie inżynierze, bo ja chcę rozmawiać z wami, a nie oficerami wyższymi stopniem od was.”

Nieco później, już w Warszawie miałem uzyskać od niego akceptację mojej koncepcji typowego kasyna lotniczego. Funkcja była dość skomplikowana, bo miały tam być cztery programy żywienia: dla pilotów latających na odrzutowcach, na samolotach śmigłowych, reszty personelu latającego i personelu naziemnego. Stołownicy jednej grupy nie powinni byli widzieć, co jedzą pozostali oficerowie.

Turkiel wpatrywał się w moje rysunki osłupiałym wzrokiem. Widać było, że nic nie rozumie. W końcu powiedział: „Nu, ładno”. Poprosiłem, żeby podpisał rysunki. „Tak dawaj jeszczo raz.” Powtórzyłem swoje objaśnienia. Już, już miał podpisać, ale zawiesił pióro nad rysunkiem i zapytał: „A sałfietki budut?” Odpowiedziałem: „Kanieszno, budut”. „Nu, pomnij, nado sztob kulturno było”. Kultura – obowiązkowo!

KOMPLETNIE GŁUCHY

Bolek Januszaniec był bratem mego bezpośredniego szefa. Byli oni synami Polaka, który nie zdążył repatriować się do Polski w czasie Rewolucji w Rosji. Obaj służyli w armii sowieckiej, a do Kraju przybyli dopiero po drugiej wojnie światowej.

Bolek opowiadał mi różne historie z Odessy, gdzie urodzili się i mieszkali. Rodzina Januszańców trzymała drewno na opał na podwórzu, gdzie leżało też drewno sąsiadów. Zauważyli, że ktoś im drewno podkrada. Nadziali więc jedno polano trotylem i rano kuchnia sąsiadów wyleciała w powietrze. Kradzieże skończyły się. Taka była sąsiedzka metoda perswazji.

Bolek chciał zostać architektem. Miał przedstawić na uniwersytecie plik swoich rysunków, a rysować nie umiał. Jego starszy brat Stanisław powiedział: "Nie ważne jak rysujesz. Ważne co rysujesz. Rysuj pomniki wodzów rewolucji.” Bolek dostał się na studia bez problemu.

Bolek został zwolniony z wojska razem ze mną. Po roku zobaczyłem go znów w mundurze. Spytałem: „Nie zwolnili ciebie?” „Zwolnili.” „To dlaczego jesteś w mundurze?” „Bo wstąpiłem do wojska.” „Po co?” „Bo nie miałem mieszkania.” „A teraz masz już mieszkanie?” „Mam.” „I co dalej?” „Właśnie zwalniam się z wojska.” „W jaki sposób?” „Nic nie słyszę. Jestem głuchy, jak pień. Możesz do mnie mówić, a ja nic nie słyszę...” Wkrótce znów był cywilem.

czwartek, 10 czerwca 2010

DAMIAN


Po wojnie prowadzono wiele prac budowlanych dla wojska. Stare koszary niemieckie należało wyremontować, a najczęściej zaadaptować do nowych potrzeb związanych z dyslokacją jednostek wojskowych. Niewłaściwy nadzór, powojenny chaos i demoralizacja sprzyjały korupcji, więc mnożyły się afery budowlane w wojsku. Wielu oficerów służby budownictwa zostało aresztowanych za nadużycia. Większość z nich rozstrzelano. Służba budownictwa została rozbita. Wojsko potrzebowało „świeżej krwi”- ludzi znających się na budownictwie, a nieskażonych aferami korupcyjnymi. Tak więc wojsko poszukiwało nowych ludzi z pośród tych, co właśnie ukończyli studia, którym można było zaufać, jako profesjonalistom, a nie członków partii, zwykle nie dokształconych. Ja dostałem przydział do Zarządu Budownictwa Wojskowego (ZBW2) w Bydgoszczy.

Tam skierowano mnie do wydziału dokumentacji, którego szef, kapitan Zaremba zawołał innego oficera – architekta Zdzisława Dziedzińskiego („Damiana”) i powiedział: „Potrzebuję kierownika sekcji i kierownika pracowni projektowej w tej sekcji. Zdecydujcie, który z was obejmie jakie stanowisko”. Ja powiedziałem: „Nie ma potrzeby rozważania tej sprawy. Kolega jest starszy wiekiem i stażem w zawodzie i w wojsku, jest porucznikiem, a ja mam tylko jedną gwiazdkę, więc niech on będzie moim szefem, a ja zajmę się pracownią.” Damian powiedział „O nie, każdy tu już wie, że ja nie nadaję się do wojska. A może pan się nadaje?” Zaremba zadecydował i powiedział do mnie „Racja, pan będzie kierownikiem sekcji budowlanej.” Zgodziłem się, pod warunkiem, że jeśli mam odpowiadać za pracownię Damiana, to nikt nie będzie się wtrącał do spraw naszej współpracy. Zaremba to zaakceptował. To był początek naszej wieloletniej przyjaźni z Damianem.

Damian był nie tylko architektem. Był także utalentowanym rysownikiem i znawcą malarstwa, rzeźby i literatury. Władał biegle rosyjskim i niemieckim. To był wolny człowiek o humanistycznej, artystycznej duszy w pułapce wojskowej dyscypliny.

W czasie Zimnej Wojny wszystkie projekty wojskowych budynków były tajne, a wiele z nich - ściśle tajne. Damian zamówił więc mocne, okute blachą drzwi do pracowni, z solidnym zamkiem. W tych drzwiach było małe okienko do komunikowania się z resztą biura. Nikt poza bezpośrednimi szefami (to jest poza kapitanem Zarembą i poza mną), nie miał tam prawa wstępu. Inni oficerowie, a wśród nich sekretarz partii, poczuli się obrażeni. Byliśmy jednak z Damianem stanowczy: tajne projekty powinny być dobrze strzeżone! Za drzwiami Damian postawił ekran, żeby nikt nie mógł zaglądać do wnętrza pracowni. To zapewniało kolegom z pracowni „prywatność” do pracy i wypoczynku. Moja umowa z nimi była taka: nie obchodzi mnie co robicie, ale terminy projektów muszą być dotrzymane. Bywało, że wszyscy siedzieli kilka nocy, żeby termin został dotrzymany, ale w pozostałym czasie był luz...

Pewnego dnia Damian został poproszony o narysowanie plakatu sylwestrowego. Wszyscy w pracowni asystowaliśmy Damianowi, doradzali i poddawali pomysły w trakcie rysowania.

Podstawę fontanny stanowili Damian i personel pracowni – rozdeptane przez kierowników sekcji placuszki. Na naszych ramionach stali szefowie wydziałów (wśród nich kpt. Zaremba). Po ich głowach deptali dwaj zastępcy szefa Zarządu, na głowach których stał w pozycji wodza sam szef – płk Bolecki. Z głowy Boleckiego wytryskiwała fontanna, a wielki kran -zasuwę na rurze doprowadzającej wodę odkręcał dowódca Okręgu generał Półturzycki. Ten plakat nie mógł oczywiście być pokazany publicznie, jednakże wiadomość o nim rozeszła się po biurze i na rozkaz płk Boleckiego do pracowni wkroczył oficer Informacji i skonfiskował to dzieło sztuki. Sprawa została potraktowana poważnie. Sytuacja stała się nie bezpieczna. Podczas przesłuchania pytano Damiana, kto go do narysowania takiego plakatu namówił? Damian wziął całą winę na siebie, zapewnił, że zarówno pomysł, jak wykonanie były tylko jego autorstwa. Damian otrzymał rozkaz stawienia się w szefostwie Informacji w Warszawie, dokąd z Bydgoszczy wysłano raport z plakatem. Jednakże w Warszawie znaleźli się ludzie z poczuciem humoru, co w wojsku w ogóle, a szczególnie w Informacji wydawało się nie możliwe. Damian otrzymał reprymendę: „Jesteście w wojsku, nie żartujcie z przełożonych”, a oficerom z Informacji w Bydgoszczy poradzono, żeby zajęli się swoimi prawdziwymi (?) obowiązkami, a nie zabawiali się głupstwami. Tak szczęśliwie zakończyła się ta historia.

Wkrótce potem Damian narysował moją karykaturę i podarował ją mnie, z życzeniami od całego zespołu pracowni.

Po kilku latach Damianowi udało się przenieść do Warszawy. Promowano go do stopnia kapitana i został wykładowcą maskowania (!) w Wojskowej Akademii Technicznej. Jego wykłady były raczej nie typowe, ponieważ nie miał zielonego pojęcia o maskowaniu, więc improwizował, ku zaskoczeniu i podziwie innych wykładowców.

Komendant Akademii, Białorusin generał Leoszenia przed wojną, będąc jeszcze chłopcem mieszkał w Polsce, w Grodnie. Uwielbiał Damiana, który był niezwykłym oficerem, z którym odważał się mówić prawie otwarcie. Pytał Damiana, co ludzie myślą o różnych sprawach. Chciał znać prawdę. Damian nie miał nic przeciw temu, żeby mówić mu prawdę, oczywiście w ograniczonym zakresie. Pewnego dnia, kiedy szli razem główną ulicą kampusu, widzieli młodych oficerów i podchorążych, którzy właśnie nieśli pobrane z magazynu „sorty” to jest przydziałowe części umundurowania. Leoszenia patrzył na nich zdegustowany i powiedział ironicznie: „Popatrz, to są polscy oficerowie! Przed wojną polskiemu oficerowi nie wypadało nieść czegokolwiek w ręku. Walizkę, albo teczkę niósł trzy kroki za nim ordynans.” Polski oficer był dla niego wcieleniem gentlemana i ideałem żołnierskiego fasonu.

Jakiś czas później Damian został wezwany do generała, który przedstawił go jakiemuś pułkownikowi i powiedział: „Pułkownik Jaruzelski z GZP (Główny Zarząd Polityczny), ma przeprowadzić kontrolę Akademii. Czy moglibyście udostępnić mu swój gabinet? Damian wyjął z kieszeni klucz i wręczył go pułkownikowi. Po paru dniach generał wezwał go znowu. Obok siedział pułkownik Jaruzelski. Generał powiedział: „Parę dni temu poprosiłem was, żebyście byli tak uprzejmi i udostępnili swój gabinet pułkownikowi. Zgodziliście się i wręczyliście mu klucz do waszego gabinetu. Pułkownik znalazł w szufladzie waszego biurka tajny dokument i zadenuncjował was. Udzielam wam więc nagany za niedopatrzenie, a wam pułkowniku Jaruzelski, za zadenuncjowanie człowieka, który wyświadczył wam uprzejmość, chcę powiedzieć, że jesteście zwykłą świnią.”

Takie było spotkanie Damiana z przyszłym generałem, ministrem obrony, a później - premierem PRL.

Warto jednak zaznaczyć, że działo się to w czasie rządów komuny, kiedy prowokacja była rzeczą nagminnie stosowaną. Być może Jaruzelski sądził, że podłożono mu ten dokument umyślnie? To całkiem możliwe...

Minęło znów parę lat. Damian popadł w depresję. Postanowił wydostać się z wojska za wszelką cenę i zdecydował się udawać wariata. Odwiedziłem go w szpitalu garnizonowym.

Wyglądał fantastycznie, nosił szlafrok w kolorowe kwiaty i robił wrażenie szczęśliwego człowieka, żyjącego we własnym świecie. Symulował chorobę psychiczną przekonująco. Damian wiedział, że każdy oficer po trzech miesiącach pobytu w szpitalu powinien zostać zwolniony z wojska. Generał Leoszenia oczywiście też znał ten przepis. Na tydzień, przed upływem trzech miesięcy pojawił się w szpitalu adiutant generała i przekazał Damianowi wezwanie do stawienia się następnego dnia do raportu, w celu zwolnienia ze służby wojskowej. Damian wypisał się ze szpitala na własne żądanie i zameldował u generała, który powiedział; „Dzień dobry kapitanie, rozumiem, że jesteście już zdrowi. A teraz – idźcie na następne trzy miesiące do szpitala, jeśli chcecie zwolnić się z wojska.” Był to jednak tylko okrutny żart. Parę dni później Damian był już cywilem.

Zwierzył mi się potem, że w ostatnich dniach pobytu na oddziale psychiatrycznym był już blisko rzeczywistej choroby psychicznej. Nie zdecydowałby się iść do szpitala ponownie.

ŁZY PUŁKOWNIKA

Japończycy uważali tych, co się poddają za ludzi bez honoru i bez praw należnych ludziom.

Jim (ojciec Tima), porucznik saperów w brytyjskiej, armii dostał się do niewoli japońskiej w Singapore. W „marszu śmierci” przez Malaje i Siam (dziś – Tailandia), grupa jeńców dotarła do obozu Sonkurai 2. Z przybyłych tam 1680 jeńców, po roku pozostało przy życiu 250. Kilku jeńców postanowiło zorganizować ucieczkę, żeby zwrócić uwagę świata na warunki, w jakich żołnierze i oficerowie w niewoli japońskiej żyli i pracowali, z pogwałceniem zasad Konwencji Genewskiej.

Po ośmiu straszliwych tygodniach marszu przez dżunglę, pięciu pół żywych zbiegów (sześciu zmarło po drodze), dotarło do wybrzeża. Zostali jednak wydani przez miejscową ludność Japończykom. Schwytani oficerowie wielokrotnie byli wożeni po wielu obozach na zapowiedzianą egzekucję, ku przestrodze pozostałych jeńców. Przed ostateczną egzekucją w japońskiej kwaterze głównej w pobliżu Sonkurai, gdzie ściągnięto wyższych oficerów brytyjskich, żeby byli świadkami tej egzekucji, życie uratował im tłumacz kpt. Cyril Wild. Doprowadził on do łez pułkownika Banno – wyższego oficera zarządu budowy kolei w Tailandii, przekonując go, jakim wstydem i kompromitacją Cesarza i Armii Japońskiej byłaby egzekucja tych czterech wspaniałych, dzielnych ludzi, którzy zdołali się przedrzeć przez nie przebytą dżunglę i zamierzali przepłynąć łodzią żaglową do Indii, żeby dać światu informację o okrutnym losie jeńców wojennych. Ostatecznie, 10 miesięcy po schwytaniu, zbiegowie zostali skazani przez sąd wojenny na 8 lat ciężkiego więzienia w odosobnieniu. To jedyny wypadek, kiedy schwytani zbiegowie z japońskiej niewoli nie zostali straceni.

Halina po wojnie


Pracowała w konspiracji, pod ciągłą grozą aresztowania. Jej najbliżsi współpracownicy – przyjaciele – zostali aresztowani przez Gestapo i rozstrzelani. Nie wydali jej. W czasie Powstania pracowała w szpitalu powstańczym w gmachu Architektury na Koszykowej. Nie została ranna, przeżyła wraz z naszą Mamą dywanowy nalot na fabrykę w Chemnitz, gdzie pracowały, przy produkcji pocisków artyleryjskich, przeżyła na granicy śmierci szkarlatynę w niewoli - w obozie jenieckim, a później, do starości pracowała, prowadząc równocześnie dom i wychowując córkę. Uważała, że w gruncie rzeczy udało się jej przejść bezpiecznie przez wojnę, kiedy jej przyjaciele ginęli, bliscy walczyli z bronią w ręku, a ona tylko opiekowała się rannymi w Powstaniu.

Kiedy bieda, w pierwszych latach po wojnie była dotkliwa, w Polsce, panowała komuna i ludzie żyli pod grozą aresztowań i prześladowań, ona żyła spokojnie w Londynie.

Halina dzieliła się z nami swoim pozornym dobrobytem, dzięki czemu życie nasze w trudnych latach powojennych było łatwiejsze, ale ona wciąż czuła się dezerterem z Kraju, gdzie ludziom było tak ciężko... Przez dziesiątki lat Tadeusz utrzymywał „paczkami” swoją pierwszą żonę, która mieszkała w Wadowicach, kiedy on wyruszył na wojnę zagranicę. Kiedy Halina przyjeżdżała do Kraju, mówiła: „Tyle już lat żyję w Anglii, mam tam rodzinę - męża i córkę, a kiedy jestem u Ciebie, to czuję, że tu jest mój dom. Że wróciłam, że tu jestem u siebie.”

URSZULA

Przyjaciółce Haliny dolega poczucie winy, niedosyt cierpienia.

Po Powstaniu, została więźniem Oświęcimia. Nikt jej nie bił, przeżyła obóz komfortowo, w porównaniu do innych – i to ją do dziś dręczy. Że inni byli zabijani, umierali, cierpieli, a ona przemknęła przez obóz omal bezboleśnie. Po wojnie Urszula wyszła za mąż, osiadła w Londynie i urodziła dwie córki. Wkrótce straciła męża. Jedna z córek jest niedorozwinięta,

druga – urodziła się bez ręki, jest skrajną egoistką, założyła rodzinę i odrzuciła matkę, która okazała się już nie potrzebna. Może więc cierpienie Urszuli dopełniło się?

środa, 12 maja 2010

Zofia vel Zocha Szuch

ZOCHA – Zofia Schuch Nikiel (1916). Koleżanka szkolna mojej siostry Jadwigi. Siostra Tady. Ich ojciec, inspektor Policji Państwowej, zginął w bolszewickim więzieniu w czasie 2-ej wojny światowej. Ukończyła studia na uniwersytecie w Liege. Wybitnie aktywna harcerka przed wojną i po wojnie. W czasie okupacji w konspiracji AK, brała udział w Powstaniu Warszawskim. Przez wiele lat nękana przez UB. Mąż Tadeusz Nikiel był wybitnym specjalistaą od turbin parowych. Córka i syn Paweł.

Włodek

WŁODEK – Włodzimierz Simonow (1921-1987), mój brat cioteczny, rodzony brat Kiry, starszy ode mnie o 4 lata, z pochodzenia Rosjanin. Twierdził, że nie jest ani Rosjaninem, ani Polakiem, tylko Warszawiakiem. Ukończył gimnazjum Władysława IV i liceum samochodowo-lotnicze. Po wojnie ukończył wydział Inżynierii Lądowo-Wodnej PW. Bliski mi, jak brat rodzony, mój niezawodny przyjaciel. Żona – Danuta z Leskich, syn Jacek i córka Iwona.

Witek

WITEK – Witold Meissner (1924), mój przyjaciel, którego ojciec, lekarz, został wraz
z rodziną wysiedlony z Gniezna i zmarł w roku 1940, w Warszawie. Witka poznałem w liceum mechanicznym, w czasie wojny. Po ukończeniu szkoły obaj zostaliśmy skierowani przez Arbeitsamt do pracy przymusowej w narzędziowni fabryki Steyr- Daimler Puch w Warszawie. Wciągnąłem go do konspiracji w NOW/AK i NSZ, a później - do partyzantki. Witek ukończył studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki Poznańskiej i przez długie lata pracował w elektrociepłowni w Koninie. Został specjalistą od kotłów i turbin parowych. Dwukrotnie żonaty: z Barbarą, lekarką, a po jej śmierci, z Wiesią, dentystką. Mieszka w Koninie, przenosi się do Bełchatowa.

Wiesław

WIESŁAW Żochowski (1925) mój bliski kolega jeszcze z czasu studiów na Politechnice Gdańskiej, który po dyplomie powrócił do Warszawy. Brał udział w Powstaniu Warszawskim na terenie elektrowni. Architekt, kilka lat spędził na kontrakcie w Nigerii, gdzie jego córka Anka, jedyna biała studentka, rozpoczęła studia na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu, a ukończyła je na ASP w Warszawie. Żona – Lucyna.

Tim

TIM – Timothy Bradley (1972), mój zięć, architekt absolwent uniwersytetu w Cambridge, mieszka i pracuje obecnie w Polsce. Po maturze spędził rok w Zimbabwe, gdzie uczył dzieci murzyńskie angielskiego. Przez parę lat współpracował z Fundacją Aga Khana. Wiele podróżował, po spotkaniu Kasi wraz z nią, a potem i z dziećmi. Projektował obiekty w Anglii, we Włoszech i w Jemenie. Otrzymał jedną z dwóch pierwszych nagród w konkursie na teatr szekspirowski w Gdańsku. Teraz projektuje na terenie Rosji i Armenii.

Tadeusz vel Tada Szuch

TADA- Tadeusz Florian Schuch (1932-1975). Starszy brat Zochy Schuchówny Nikiel.,
„przyszywany” wuj mojej żony Ewy, spokrewniony z rodziną Kozarzewskich. Dzielny oficer WP i AK, ranny na Starówce w czasie Powstania, ewakuowany do Śródmieścia
kanałami. Absolwent PW – inżynier konstruktor, był dyrektorem biura projektów Metroprojekt. Zamiłowany żeglarz, komandor Yacht Klubu Polski. Żona – Romka, syn – Andrzej, architekt w Paryżu. Tada zmarł na serce na stoku, w czasie zjazdu na nartach z Kasprowego Wierchu.

Staszek Lechmirowicz

STASZEK Lechmirowicz (1924-....), mój kolega ze studiów i pracy u „Tygrysów”. Studia zajęły mu kilkanaście lat, gdyż 9 lat spędził w więzieniu, aresztowany w „grupie Radosława”. Był żołnierzem batalionu harcerskiego AK „Zośka”, ps. „Czart”. Trzykrotnie ranny w czasie Powstania. Po zwolnieniu z więzienia ożenił się i miał syna.
Nie znam daty jego zgonu.

Rysio

RYSIO – Ryszard Muszyński (1925), mój przyjaciel – architekt, kolega ze studiów na PW i z wojska. Członek PPS, po „zjednoczeniu partii” automatycznie stał się członkiem PZPR. W wojsku, na zebraniu POP rzucił partyjną legitymację i został usunięty z partii.
Zapadł na cukrzycę i został zwolniony z wojska. Po kilku latach zmarł. Żona Ewa - dentystka, syn Bartek.

Roman Dżalik

ROMAN Dżalik (1925-2001) ps. „Czarny”. Sierota po podoficerze WP, syn pułku.
W partyzantce NSZ - dowódca III plutonu w Oddziale „Cichego”. Po rozwiązaniu Oddziału, zmobilizowany do LWP, nie przyznał się do partyzanckiej przeszłości, ukończył szkołę oficerską. Zdemaskowany przez przypadkiem napotkanego oficera, który znał go z czasu wojny, został aresztowany i skazany na karę śmierci.. W drodze amnestii zamieniono mu K/S na długoterminowe więzienie. Wyszedł „na wolność” po 10ciu latach bez zębów, z odbitym żołądkiem i nerkami. Pracował dorywczo – zwalniano go po paru miesiącach, kiedy przychodziła do pracodawcy wiadomość z rejestru skazanych. Gdy już był na emeryturze anulowano mu wyrok z braku dowodów przestępstwa, ale rehabilitacji nie uzyskał. Ostatnie lata spędził w Lublinie, ze swoją opiekunką Janiną Chabroz.

Michał-Ojciec


OJCIEC – Michał Bogusławski h. Korab (1885-1955). Stracił ojca, kiedy miał 8 lat. Ukończył 3 klasy gimnazjum realnego. Był dumny, że jego syn ma wyższe wykształcenie. Był to „self-made man”. W młodości - górnik w kopalni węgla, potem handlowiec i przemysłowiec. Miał przedstwicielstwo samochodów Lancia, opon Michelin i narzędzi Black&Decker. W swojej fabryczce produkował narzędzia dla warsztatów samochodowych i całą gamę pistoletów do malowania, piaskowania i grafiki, oraz kompresorów, pod firmą DHP (Dom Handlowo Przemysłowy).
Na wojnie japońsko rosyjskiej został 100% inwalidą, niezdolnym do służby wojskowej. Mimo to walczył w wojsku rosyjskim z Niemcami w 1-ej wojnie światowej, w polskim wojsku – z bolszewikami (1920) i Niemcami (Obrona Warszawy we wrześniu 1939 i Powstanie Warszawskie1944). W AK ps. kpt.”Korab”. W niewoli, w Oflagu Grossborn. Po wojnie odbudowywał tramwaje w Gdańsku.

Mietek

MIETEK – Mieczysław Jankowski vel Konstanty Zacharewicz (1913), mój brat cioteczny. Przez kilka lat w małżeństwie z Hanką Mirecką. W czasie wojny – żołnierz NSZ, bardzo dzielny w Powstaniu Warszawskim. W niewoli – w oflagu Grossborn. Studiował mechanikę na PW., po wojnie uzyskał w Paryżu dyplom architekta.
Wyemigrował do Austarlii, gdzie ożenił się powtórnie i miał syna Krzysztofa (1953).

Michał-Wnuk vel Mały Michał

„MAŁY MICHAŁ” – Michał Paweł Bogusławski (1978), mój wnuk, syn Leszka. Po maturze zrezygnował ze studiów wyższych i poświęcił się gastronomii. Zna ten fach od podstaw. Prowadzi bary i restaurację w hotelach. Wysportowany, świetnie jeździ na nartach i pływa. Żona Marta z Mordaków, córka, moja prawnuczka – Hania (2008).

Michał-Syn

MICHAŁ Zbigniew Bogusławski (1976) mój syn, architekt. W dzieciństwie spędził po kilka lat w Afganistanie, Nigerii i Syrii. Uczęszczał do amerykańskiej szkoły
w Damaszku. W czasie szkolnym spędził rok w Portland –USA, w ramach stypendium. Zaliczył trzeci rok studiów na Wydziale Architektury Uniwersytetu w Walencji, dzięki Stypendium Erasmus. Zna biegle angielski, hiszpański i rosyjski.
Erudyta, o szerokich zainteresowaniach. W latach młodzieńczych był w harcerstwie, żeglował i jeździł na nartach. Urlopy spędza za granicą. Opracowuje koncepcje i nadzoruje projektowanie, oraz realizację, dla dewelopera centrów handlowych w Polsce.

Ludmiła - Matka


MATKA – Ludmiła Bogusławska z domu Siwerbrik (1897-1968), Lunia. Z pochodzenia Rosjanka, z rodziny o dalekich korzeniach Niemców Bałtyckich. W 1-ej wojnie światowej siostra miłosierdzia w przyfrontowym szpitalu wojskowym, gdzie poznała mego ojca. Całe dorosłe życie związana z Polską. Czuła się Polką. Po Powstaniu Warszawskim, w niewoli w szpitalnym obozie jenieckim w Zeithein, jako siostra, potem na robotach przymusowych w fabryce amunicji w Chemnitz, a po zbombardowaniu fabryki przez Aliantów – w obozie jenieckim dla kobiet w Oberlangen. Przez rok w II Korpusie, jako siostra w szpitalu wojskowym. Wróciła do Kraju w 1946 roku. Była tłumaczem nasłuchu rosyjskich komunikatów TASS w Radiu Polskim, potem była sekretarką Wydziału Dziennikarskiego UW. Po śmierci mego ojca wyjechała do swojej córki Haliny, do Anglii. Do końca swoich dni pracowała
w firmie wysyłkowej apteki Grabowskiego w Londynie.

Magdalena

MAGDALENA Kozarzewska z Bojanowskich (1919), wdowa po poecie, przyrodnim bracie matki mojej żony Ewy - Jerzym Kozarzewskim, który po Powstaniu został więźniem obozu w Mauthausen, a w parę lat później aresztowany przez UB i skazany na karę śmierci, za akcje w ramach NSZ. W drodze amnestii ułaskawiony, za wstawiennictwem Tuwima, spędził w więzieniu 10 lat.

Leszek

LESZEK – Lech Tadeusz Bogusławski (1953), mój syn pierworodny z pierwszego małżeństwa. Krystyna Lachcik przyniosła mu syna Michała, którego nazwaliśmy „Mały Michał”, dla odróżnienia od jego stryja „Dużego Michała”, starszego zaledwie o 2 lata. Leszek ukończył pomaturalne studium mechaniki samochodowej i poświęcił się remontom samochodów, z kilkuletnią przerwą na gastronomię, którą scedował swojemu synowi. Leszek był w młodości znakomitym narciarzem i brał udział w zawodach w ramach WKN. Doznał poważnego, niezawinionego wypadku na Kasprowym Wierchu, a potem został ranny przez samochód w warsztacie naprawczym. Nadal narciarstwo jest jego ulubionym sportem. Dużo czyta.

Kira

KIRA Skórko z domu Simonow (1913-....), moja siostra cioteczna, Rosjanka
z pochodzenia i wychowania. Urodzona w Rosji. Jej ojciec – kapitan carskiej armii Michał Simonow został rozstrzelany w Sewastopolu po ujawnieniu się na wezwanie bolszewików, którzy obiecywali amnestię dla carskich oficerów. Ukończyła szkołę rosyjską. Wyszła za mąż za Lucjana Skórko. Z Kirą, jej bratem Włodkiem i ciocią Olą, ich matką, spędzaliśmy wszystkie niedziele, święta oraz wakacje w Wołominie.
Kira miała dwie córki: Hankę (1938) i Maję (1945). Hanka ukończyła ASP , a Maja Chemię na UW i po wyjeździe do Holandii z mężem Ike Van De Graaff, właścicielem apteki, studiowała i skończyła w Holandii prawo.

Kasia

KASIA – Katarzyna Maria Bradley-Bogusławska (1974), moja córka, w dzieciństwie w przedszkolu w Afganistanie, w szkole w Nigerii i Syrii. Trzy lata studiów na Wydziale Architktury PW, rok praktyki architektonicznej w Londynie i dwa lata – dokończenie studiów na Uniwersytecie w Cambridge (stypendium i pożyczka). Potem pracowała przez kilka lat w Londynie m.in. nad modernizacją Royal Festival Hall i wnętrzami centrum nadawczego BBC – White City. Wyszła za mąż za Anglika, architekta Tima Bradley. Obecnie Kasia pracuje w Polsce. Dzieci, a moje wnuki: Zofia Mae - Zosia (2005) i James Izydor – Jimmy (2007). Oboje są dwujęzyczni.
Kasia była harcerką, jest wysportowana: sternik jachtowy i żeglarz morski, płetwonurek, narciarz. Zaliczyła kurs paralotniarski. Wiele podróżowała z Timem,
a teraz - całą rodzinką, z mężem, i dziećmi.

Jim

JIM – James Bradley (1912-2003), inżynier elektryk, po studiach na uniwersytecie
w Cambridge. Ożenił się przed wojną. Syn Roger. Zmobilizowany w czasie wojny, został wysłany do Singapuru, gdzie dostał się do niewoli japońskiej. Brał udział w budowie kolei o której mówi słynny "Most na rzece Quai". Uciekł
z obozu na Malajach, lecz został wydany Japończykom przez miejscowego szefa wioski. Po dramatycznych przygodach nie został rozstrzelany, a tylko skazany na 9 lat ciężkich robót. Z wojny wrócił do Anglii, gdzie zajął się ogrodnictwem – produkcją jabłek . Po śmierci żony ożenił się powtórnie. Druga żona Lindy Corfield (1943), urodziła mu syna Tima i córkę Sarę.

Jadwiga vel Jadzia


JADWIGA / JADZIA – Sara Hedwa Anbar, 1-voto Więckowska, 2-voto Cygielman, z Bogusławskich (1917-2001), moja siostra urodzona w Kijowie, starsza o 8 lat. Przed wojną zaliczyła 3 lata Historii Sztuki na UW, wyszła za mąż za komunizującego studenta Wydziału Mechanicznego PW Ryszarda Więckowskiego (1911-1948). Dwaj synowie: Adam (1939) i Bronek (1945). W czasie okupacji mąż jej został członkiem PPR i żołnierzem AL. W 1944 roku uniknęła aresztowania przez Gestapo i ukrywała się z synkiem w Izabelinie. Po wojnie wstąpiła do PPR, a po śmierci Ryszarda pracowała w MSZ, m.in. jako konsul d/s kultury przy ambasadzie w Moskwie. Powtórnie wyszła za mąż za Żyda ze Lwowa, historyka Artura Cygielmana, z którym wróciła do Kraju, a następnie wyemigrowała cała rodziną do Izraela. Tam przeszła na judaizm, a po paru latach rozstała się z mężem i przyjęła nazwisko Anbar. Starszy syn, Adam początkowo pływał na statkach, jako elektryk, potem przeniósł się do Kanady, gdzie do emerytury pracował w elektrowni atomowej. Drugi syn, Bronek -Michael Inbar- rozpoczął pracę na morzu, jako prosty marynarz i awansował do pozycji kapitana na tankowcach i kontenerowcach izraelskich, pływając po Atlantyku
i Pacyfiku. Jadwiga zmarła w Izraelu.

Janusz

JANUSZ Kasprzyk / Kent (1925). Mój przyjaciel, kolega szkolny z liceum mechanicznego i pracy w fabryce Steyr-Daimler-Puch w Warszawie. Żołnierz Kedywu, ciężko ranny na Mokotowie w czasie Powstania. Ze szpitalnego obozu
w Zeithein zabrany przez Anglików do szpitala w Nottingham, gdzie po wyleczeniu ukończył studia architektoniczne i zmienił nazwisko na Kent. Ożenił się z byłą więźniarką obozu w Ravensbrück, z którą miał dwie córki: Hanię i Asię. Z drugą żoną Haliną ma córkę Iwonkę i dwoje ukochanych wnucząt. Wszyscy mieszkają w Anglii,
z wyjątkiem Iwonki, która z mężem Duńczykiem i swoimi dziećmi mieszka i pracuje
w Brukseli. Janusz i Halina Kent pracowali dla Fundacji Sue Ryder.

Hanka

HANKA – Lubowicka, 1-voto Jankowska, z Mireckich (1910-2003). Przed wojną poślubiła mego brata ciotecznego Mietka Jankowskiego, z którym po paru latach rozstała się. Inżynier rolnik – ukończyła studia na SGGW. Aktywna w czasie wojny.
W 1944r. siostra w zgrupowaniu partyzanckim AK Nurta, w Górach Świętokrzyskich.

Halinka

HALINKA - Halina Teresa Bogusławska z Tołłoczków (1930). Wychowana bez ojca, który zginął przed wojną, przez matkę i ojczyma. Uczęszczała do liceum plastycznego. Podczas choroby matki, mieszkała z nami kilkunastoletnia Ewka Karwowska, przyrodnia siostra Halinki. Z Ewką miałem bliski kontakt – jak starszy brat z rodzoną siostrą. Ta przyjaźń trwa do dziś. Rozwiodłem się z Halinką, przy obopólnej zgodzie, kiedy nasz syn Leszek ukończył 18 lat.

Halina vel Hala


HALINA / HALA – Halina Monika Rajewska z Bogusławskich (1919-2000). Moja starsza o 6 lat siostra, z którą zaprzyjaźniliśmy się w czasie okupacji i zostaliśmy najbliżsi sobie, aż do jej ostatnich dni. Rozpoczęła przed wojną studia dziennikarskie. Wysportowana: świetna pływaczka, pilot szybowcowy (kat. C w 1938 roku). Aktywna w konspiracji NOW/AK i NSZ – ps. „Monika”. W Powstaniu Warszawskim - siostra w szpitalu w gmachu Wydziału Architektury PW. W niewoli w Zeithein i Oberlangen, potem w szpitalu II Korpusu we Włoszech. Wyszła za mąż za kpt. Tadeusza Rajewskiego, zamieszkała w Londynie. Córka Krystyna (1950) wraz z mężem i dziećmi emigrowała do Kanady, gdzie do emerytury pracowała, jako nauczycielka.

Ewa

EWA – Ewa Anna Bogusławska z Miłkowskich (1943), moja druga żona, matka Kasi i Michała, urodzona w Starachowicach, dzieciństwo i szkolne lata spędziła w Sopocie, Sandomierzu i Ostrowcu, gdzie matka, magister ekonomii (studia w WSH) pracowała w banku. Wychowana przez samotną matkę. Straciła starszego brata w roku 1960. Matka zmarła w roku 1966. Studia na Wydziale Architektury PW (1963-1968). Poznałem ją, kiedy prawie dwa lata po śmierci matki, bezpośrednio po dyplomie otrzymała „nakaz pracy” do biura projektów i zaczęła pracować w moim zespole architektonicznym. Jesteśmy razem od przeszło 40 lat. Ślub wzięliśmy w roku 1972, po moim rozwodzie.
Od czasu małżeństwa jesteśmy cały czas razem, w kraju i za granicą.

Damian

DAMIAN – Zdzisław Dziedziński (1919-1997), mój niezawodny przyjaciel, którego poznałem w wojsku, w roku 1951. Studiował na Uniwersytecie i Politechnice we Lwowie i Gdańsku. Dwukrotnie żonaty. Z pierwszą żoną rozstał się w czasie wojny. Druga żona – Magda z Krzyżanowskich, lekarka.

Kazik

KAZIK – Kazimierz Radwański (1925). Mój kolega szkolny z gimnazjum Batorego
i drużyny harcerskiej (23 WDH- „Pomarańczarnia”, zastęp Żbików), oraz początków konspiracji w NOW/AK. W Powstaniu ranny podczas walk w kościele Św Krzyża.
Po niewoli – w WP na Zachodzie. Archeolog w Krakowie. Ostatnie odłamki usunięto mu z nóg, po 60ciu latach.

Bogdan

BOGDAN – Bogusław Palmowski (1924). Mój przyjaciel, poznany w czasie studiów na Wydziale Architektury PW. Dwukrotnie aresztowany przez Gestapo. Więzień Pawiaka i Stuthoffu. Architekt, wiele lat pracował za granicą – w Afganistanie, Nigerii i USA. Żona Halina i dwóch synów: Maciek – lekarz w Anglii i Wojtek, urodzony w Kabulu architekt w USA. Bywamy czasami na „piernikaliach” – cotygodniowych spotkaniach najstarszych architektów przy kawie w Hotelu Europejskim.

Autor, czyli ja


AUTOR – Jerzy Michał Bogusławski (1925) Żołnierz AK i NSZ ps. „1556” i „Tatar”.
C.V.: Harcerz, uczeń tajnej szkoły, żołnierz Podziemia, robotnik - tokarz i frezer, partyzant, nocny dozorca, parobek, pisarz sądowy, technik mechanik-instalator, technik architektury, oficer „zawodowy”, architekt w Kraju, Anglii, Afganistanie, Nigerii i Syrii, architekt Fundacji Sue Ryder, na emeryturze – pradziadek grafoman.
Dwukrotnie żonaty: z Haliną Teresą z Tołłoczków (1930), syn Leszek (1953) i z Ewą Anną z Miłkowskich (1943), córka Katarzyna (1974) i syn Michał (1976).
Nosi w sobie 8 by-passów, stymulatory serca, sztuczną soczewkę w oku i wszystkie zęby sztuczne. Kardiolog ostatnio zdziwił się: „Tyle lat w rękach lekarzy i jeszcze pan żyje? No tak, jak pacjent bardzo chce żyć, to medycyna jest bezradna.”

Andrzej vel Andriusza

ANDRIUSZA – Andrzej Riabow-Dutkiewicz (1930). Syn bezpaństwowca, „białego” emigranta rosyjskiego, o skomplikowanym życiorysie.
Architekt, członek partii PZPR. Poznałem go na kontrakcie w Kabulu. Żona Mirosława (Mirka), z pochodzenia Niemka, urodzona na Śląsku. Oboje wyemigrowali z dziećmi (Nika i Marek) do RFN i osiedli w rejonie Trieru. Andrzej uważa się za Polaka. Dzieci czują się Niemcami.

Andrzej vel Andzia

„ANDZIA” – Andrzej Bogusławski (1925-2007), Mój stryjeczny brat i wierny przyjaciel, spędziliśmy razem nie rozstając się cały rok – od wiosny 1944.
„Zaliczyliśmy” razem partyzantkę, pracę na wsi i krótki pobyt w więzieniu.
W czasie okupacji ukończył liceum rybackie, a po wojnie studia na SGGW.
Ożenił się z Zofią z Miśkiewiczów (1925), koleżanką ze studiów, która wojnę spędziła na zesłaniu, na Syberii. Miał córkę Hanię, która zmarła w wieku czterdziestu paru lat.

czwartek, 6 maja 2010

DO TRZECH RAZY SZTUKA

Bogdan po powtórnym aresztowaniu został więźniem obozu koncentracyjnego Stuthoff. Pewnego dnia wszyscy strażnicy i wartownicy uciekli z obozu, gdyż zbliżały się oddziały sowieckie. Więźniowie zaczęli włamywać się do magazynów żywności i odzieży. Bogdan przebrał się w cywilne ubranie, wziął kilka puszek konserw i uciekł z niestrzeżonego obozu razem z dwoma innymi więźniami, z których jeden był jeńcem z sowieckiej armii. Szybko oddalili się od obozu i zatrzymali się przed zmierzchem w samotnej chałupie, na skraju lasu, gdzie ich serdecznie przyjęto i nakarmiono i gdzie odpoczywali. W tym czasie niemiecka dywizja pancerna zatrzymała Sowietów, a załoga niemiecka powróciła do obozu. Wszyscy pozostali w obozie więźniowie zostali przetransportowani do więzienia w Ostródzie i tam rozstrzelani, a ich ciała zostały spalone.

Sowieci zwyciężyli w bitwie, a ich patrol – kilku pijanych żołnierzy – dotarł do domku, gdzie zatrzymali się zbiegowie. Bogdan instynktownie, bez zastanawiania się, wyskoczył przez tylne okno i uciekł do lasu. Sowieci znaleźli w tym domku jeńca ze swojej armii, który z radością zaczął ich witać. Sowieci traktowali swoich żołnierzy wziętych do niewoli, jak zdrajców, ponieważ „tylko zdrajcy poddają się do niewoli, zamiast walczyć do końca.” Sowieci zastrzelili więc swojego kolegę, a przy okazji i tego drugiego zbiegłego więźnia, którego zastali w chałupie. Bogdan znów ocalał.

UCIECZKA Z TRANSPORTU

Po pierwszym aresztowaniu Bogdan uciekł z transportu z Pawiaka do obozu w Majdanku. Wyskoczył w biegu z „bydlęcego” wagonu przez małe okienko, które udało mu się rozdrutować. Nie dosięgła go seria pocisków smugowych wystrzelona przez wartownika z dachu jednego z wagonów. Było ciemno, biegł do najbliższego domu, gdzie obszczekiwany przez miejscowego kundla próbował dostać się do środka. Drzwi nie otworzono, a już słychać było głosy Bahnschutzów idących po dobrze widocznych na śniegu śladach. Bogdan ukrył się w pobliskiej stercie gałęzi, a pies teraz zaatakował Niemców, którzy pobili Bogu ducha winnego gospodarza, który nie potrafił wskazać kierunku, w którym uciekł zbieg. Po odejściu Niemców Bogdanowi udało się porozumieć z gospodarzem, który wskazał mu drogę do stacji kolejowej. Tam kobiety czekające na pociąg rozpoznały w nim zbiega z transportu, dały mu inne okrycie (jego kurtka była brudna i podarta), kupiły bilet do Warszawy i dały coś do zjedzenia.

KRYMINAŁ

Przechodząc przez Siedlce, już po zajęciu Warszawy przez Sowietów, w drodze powrotnej z pod Białegostoku, gdzie pracowaliśmy z Andrzejem jako parobcy, zostaliśmy na ulicy złapani przez UB i odstawieni do więzienia. Było już ciemno, my czekaliśmy na przesłuchanie, stojąc między więziennymi murami, w grupie kilkunastu zatrzymanych młodych ludzi. Ja miałem fałszywe zaświadczenie z Sądu Powiatowego w Bielsku Podlaskim, gdzie przez trzy dni byłem pisarzem sądowym. Kilka zapasowych blankietów, ukradzione w biurze sądu i opieczętowane in blanco, miałem przy sobie (na zapas). Musiałem je zniszczyć. Udało mi się niepostrzeżenie przeżuć je i połknąć, zanim poddano nas rewizji. Po kilkunastu dniach w celi podałem gryps jednemu ze zwalnianych miejscowych młodych ludzi, który dostarczył go naszym znajomym, poznanym parę miesięcy wcześniej.
Zostaliśmy wykupieni (za wódkę?) i przekazani do RKU (wojskowa Rejonowa Komenda Uzupełnień), skąd normalnie byłych więźniów kierowano do karnych batalionów, gdzie życie było krótkie. Zgodnie z posiadanymi dokumentami (podrobionymi „kenkartami”), byliśmy zbyt młodzi i nie podlegaliśmy jeszcze mobilizacji, toteż zostaliśmy wykupieni również z wojska. Nigdy już nie mieliśmy tak „mocnych” dokumentów, jak świstek papieru - zwolnienie z więzienia i z wojska. („Znaczyt’ prowiereni”- tj. sprawdzeni!)

środa, 5 maja 2010

SERCE CHOPINA

W czasie Powstania na plebanii kościoła Św. Krzyża pojawił się oficer niemiecki i przedstawił się, jako kapelan Wehrmachtu, nazwiskiem Schultze. Mówił, że jest miłośnikiem muzyki Chopina i wie, że w filarze nawy głównej kościoła jest wmurowana urna z sercem Fryderyka Chopina. Przestrzegał, że w rejonie kościoła dojdzie niewątpliwie do walk i ta relikwia Polaków może ulec zniszczeniu. Spytał, czy może wyjąć urnę i przekazać ją arcybiskupowi warszawskiemu księdzu Antoniemu Szlagowskiemu, przebywającemu w Milanówku. Po kilku dniach Schultze przybył z kilkoma żołnierzami, a wyjętą urnę zabrał do sztabu niemieckiego w „Domu Bez Kantów”, gdzie Niemcy przekazali ją arcybiskupowi Szlagowskiemu, którego z Milanówka przywieźli do Warszawy samochodem.

Schulze zginął w czasie sowieckiej ofensywy zimowej.

Odmienne wersje uratowania urny z sercem Chopina były preparowane po wojnie, kiedy niepotrzebny był przyzwoity Niemiec.

SAMI SWOI

W czasie Powstania Warszawskiego dwóch radiotelegrafistów sowieckich zostało zrzuconych na spadochronach, dla kierowania ogniem artyleryjskim z za Wisły. Ogień był kładziony oczywiście na zupełnie innych celach.

W kwaterę Sowietów trafił pocisk artyleryjski. Jeden z radiotelegrafistów został zabity, a drugi lekko ranny. Ranny uwierzył, że to powstańcy strzelili z „piata”, mszcząc się za źle kierowany ogień i zażądał przekazania go komunistom – do sztabu AL.

Sztab AK reprezentował kpt. „Korab” - mój ojciec, a sztab AL - „Bronisław” jego zięć, (mój szwagier - Ryszard). Przekazywanie odbywało się w obecności przedstawiciela PCK Zochy Schuch - szkolnej koleżanki mojej siostry Jadwigi (i żony Ryszarda). Konwojentem był mój kolega ze szkoły, harcerstwa i konspiracji – Kazik. A przecież w Powstaniu brało udział 40.000 żołnierzy!

WROGOWIE LUDU I SZPIEDZY

Po „demobilizacji” znaleźliśmy się w schronisku dla byłych partyzantów AK prowadzonym przez RGO (Rada Główna Opiekuńcza – oficjalnie działająca pod okupacją niemiecką organizacja społeczna), czekając na możliwość przedostania się przez Wisłę, do Powstania.

Pewnego dnia odwiedził nas patrol MO (Milicji Obywatelskiej), właśnie powołanej przez władze komunistyczne policji. Jeden z milicjantów, były partyzant AL., okazał się moim kolegą z fabryki Steyr-Daimler-Puch w Warszawie, gdzie pracował na sąsiedniej tokarce. Uprzedził mnie, że w nocy wszyscy rezydenci schroniska zostaną „zwinięci” przez (UB), Urząd Bezpieczeństwa.

Razem z kilkoma zaufanymi kolegami postanowiliśmy ruszyć następnego dnia do Wołomina, gdzie spodziewałem się znaleźć kogoś z mojej rodziny (było lato i okres wakacji).

Po nocy spędzonej w stodole w jakiejś wiosce pod Okuniewem, postanowiłem pójść z Andrzejem na rozpoznanie pustej, z rzadka ostrzeliwanej ogniem artyleryjskim drogi do Okuniewa. Reszta ludzi czekała na nasze informacje. Wkrótce zostaliśmy zatrzymani na linii okopów sowieckich. Dalej byli już Niemcy. Dwóch młodych „bojców” prowadziło nas do sztabu oddziału. Był upał. Jeden z nich powiedział: „Słuchaj, rozwalmy ich tutaj, po co się męczyć, jest tak gorąco, a w sztabie i tak ich rozwalą, jako szpiegów.” Ten drugi odpowiedział: „Wracaj, ja sam ich odprowadzę.” Niedługo potem powiedział do nas: „Moja matka jest Polką. Ja wiem, że wy nie szpiedzy, ale w sztabie rzeczywiście na pewno was rozstrzelają. Uciekajcie jak najdalej od frontu”… I tak znów nam się udało.

wtorek, 4 maja 2010

DO WARSZAWY

Po przejściu frontu przez Lubelszczyznę i rozwiązaniu oddziału partyzanckiego wyruszyłem wraz z kilkoma kolegami do Warszawy, która – jak spodziewaliśmy się – miała być wkrótce wolna od Niemców. Jechaliśmy po świeżo ułożonym torze w dwóch parowozach prowadzonych przez żołnierzy sowieckich, jako ochotnicza ekipa pomocnicza do zaopatrywania lokomotyw w opał. Węgla nie było, więc co pewien czas zatrzymywaliśmy się i przynosiliśmy z lasu drewno ścinanych przez nas drzew. Od Celestynowa ruszyliśmy na piechotę przez las w kierunku Otwocka. Po drodze ukryliśmy pod drzewem worek z amunicją do pepeszy (łatwo było kupić za wódkę od Ruskich automat, gorzej było z pociskami, wzięliśmy więc ze sobą prawie 500 sztuk, na wszelki wypadek.) Wychodząc z lasu znaleźliśmy się nagle na terenie obozu sowieckiej jednostki. Ryzykowne byłoby cofać się, więc bezczelnie ruszyliśmy naprzód. Pech chciał, że po chwili natknęliśmy się na namiot pilnowany przez wartownika, który nas zatrzymał. Z namiotu wyszedł jakiś lejtnant i zaczął nas przepytywać. Za nim ukazał się sowiecki generał. Wyjaśniłem, że jesteśmy partyzantami zwolnionymi na parę dni przez dowódcę, żeby odwiedzić nasze rodziny w Warszawie. Dokumentów nie mamy, bo przecież partyzanci mają u nas tylko niemieckie „Kennkarty”. Generał powiedział (w dniu 3.08.1944): „Wracajcie do Lublina, do waszego dowódcy i powiedzcie, że Warszawa jeszcze przez trzy miesiące nie zostanie zdobyta”. (Trzeba zaznaczyć, że była to jednostka frontowa; za linią frontu posuwały się oddziały NKWD, gdybyśmy na nie trafili, nic by nas nie uratowało.) Zawróciliśmy i dużym łukiem, omijając ten las poszliśmy do Otwocka.

KROWA WŚRÓD KONWALII

Razem z Andrzejem zgłosiliśmy się na „pościgówkę”, tj na wypad po zaopatrzenie oddziału. Jechaliśmy chłopskim wozem wypożyczonym ze wsi, a zabraliśmy masło i śmietanę przygotowane dla Niemców. Zostaliśmy we wsi ugoszczeni obfitym śniadaniem, mieliśmy pełne brzuchy i już mieliśmy odjeżdżać, kiedy z za zakrętu w głębokim jarze, ukazały się furmanki z wojskiem. Żołnierze mieli szare, lotnicze niemieckie mundury i w pierwszej chwili pomyśleliśmy, że to jakiś oddział partyzancki. Było jeszcze szaro, ale po chwili zorientowaliśmy się, że to Niemcy. Zaczęliśmy się wspinać po zboczu na koronę jaru, a zaspani Niemcy zaczęli niecelnie strzelać do nas. Na górze wpadliśmy w nie zżęte jeszcze zboże i na wpół zgięci pobiegliśmy w stronę lasu. Niemcy wystawili rkm, ale kule zmieniały trasę na źdźbłach zboża i nie docierały do nas. Złapały nas za to „kolki” w nażartych brzuchach, ale strach był silniejszy. Dopadliśmy lasu, dokąd Niemcy nie zdecydowali się nas gonić i padliśmy półżywi na polance usłanej kwitnącymi konwaliami. Zasnęliśmy, zmęczeni.

Słońce już świeciło, kiedy obudził mnie szorstki język krowy, która stała nade mną i lizała mnie po twarzy. Głowa pękała z bólu. Ledwie dobudziłem Andrzeja. Zatruliśmy się zapachem konwalii. Gdyby nie krowa, pewno nie obudzilibyśmy się wcale.

NA MANEWRY

W pociągu z Radomia (w drodze do partyzantki na Lubelszczyźnie), ludzie kpili sobie z nas czterech - Witka, Staszka, Andrzeja i mnie - pytając czy jedziemy na manewry? Mieliśmy na sobie buty z cholewami, kurtki, przy sobie koce i chlebaki. Ja miałem w chlebaku dwie „karbidówki" - granaty konspiracyjnej produkcji (prezent od Haliny).

Przy przesiadce w Rozwadowie zobaczyliśmy, że stacja jest obstawiona żandarmami z „automatami” i psami. Z tego samego peronu odchodził akurat pociąg do Sandomierza, skąd my właśnie przyjechaliśmy. W biegu wskoczyliśmy do ostatniego wagonu. Niemcy puścili w powietrze kilka serii z automatu, żeby maszynista zatrzymał pociąg, ale ten dodał pary i tak udało nam się uciec. Potem zamelinowaliśmy się na parę dni w gabinecie mego kolegi, kierownika produkcji w niemieckiej fabryce marmolady w Dwikozach. Byliśmy tam bezpieczni, bo teren fabryki pilnowany był przez Werkschutz’ów, a posiłki przynosiła nam sekretarka z fabrycznej kantyny. Przeprawialiśmy się przez Wisłę nocą, na „pychówce”, poczym przez ponad 10 dni wędrowaliśmy od placówki, do placówki, aż dotarliśmy do oddziału.

OBŁAWA

Andrzej mieszkał w leśniczówce, na skraju lasu, na wsi, pod Radomiem. Trzech z nas (Witek, Staszek i ja), miało skontaktować się z nim. Będąc niedaleko, zobaczyliśmy dużą grupę Niemców kręcących się koło domu. Za późno było cofać się. Ukryliśmy się w kępie krzaków, całkiem blisko. Wkrótce Niemcy, którzy przyjechali na obławę na partyzantów, rozpoczęli przeczesywanie lasu. Do kępy krzewów, gdzie leżeliśmy bez ruchu, nie podeszli. Nie spodziewali się nikogo podejrzanego tak blisko ich bazy. W nocy córka leśniczego przyniosła nam picie i jedzenie i wyprowadziła nas przez las, który Niemcy już opuścili.

piątek, 30 kwietnia 2010

X. RADZIWIŁŁ

W czasie Powstania. Janusz X. Radziwiłł, którego Tada znał z przed wojny przebywał w swoim pałacu na Tłomackiem (dziś – Trasa W-Z). Pałac znajdował się wówczas po niemieckiej stronie frontu na Starym Mieście. Rezydującym w pałacu dowódcą odcinka był niemiecki arystokrata, znajomy Radziwiłła. Po stronie polskiej dowodził na tym odcinku Tada. Książe otrzymał zgodę na przejście na polską stronę i złożenie wizyty Tadzie, któremu zaniósł parę butelek białego wina ze swojej piwnicy. Oświadczył, że to wino ma służyć do golenia. (Wody już wówczas na Starówce nie było.) Rano nastąpi atak niemiecki, a polski oficer powinien iść do boju ogolony! Po krótkiej rozmowie X. Radziwiłł wrócił do swego pałacu. Rano Tada i jego podkomendni stanęli do walki ogoleni.

SPRZĄTNĄĆ AGENTA

W czasie okupacji Zocha pracowała od stycznia 1940 w biurze podróży, które założył ojciec jej koleżanki. Dużo Żydów, mających obce paszporty, wyjeżdżało zagranicę, na co musiał wyrazić zgodę Wydział Paszportowy Gestapo. Trzeba było wziąć przepustkę. Przychodziła tam 2-3 razy na tydzień, więc wydano jej stałą przepustkę. (Zocha władała biegle niemieckim.) Zauważyła, że do jednego i tego samego pokoju często przychodzą ci sami ludzie. Zorientowała się, że to donosiciele. Zameldowała o tym swojemu konspiracyjnemu dowódcy i zaproponowała, żeby pod jakimiś pozorami posyłać do biur Gestapo naszych ludzi, żeby zidentyfikować donosicieli. (NB Gestapo wydawało zezwolenia na samochody i benzynę. Dopóki nie ukradziono jej motocykla i ona dostawała przydział na benzynę.) Po pewnym czasie usłyszała od swojego dowódcy, że szereg donosicieli zostało ustalonych, a teraz rozpracowuje się „taką jedną”, która jest wpuszczana bez sprawdzania, a wartownicy ją pozdrawiają i salutują. „Ta to dopiero musi donosić! Trzeba ją sprzątnąć.” „A macie jej rysopis? Wiecie jak wygląda?” Dowódca czym prędzej wysłał polecenie, żeby dali jej spokój i nie sprzątnęli. A niewiele brakowało...

PRZYPADEK?

W czasie okupacji brat Zochy - Tada (podporucznik AK) - idąc ulicą Widok, zobaczył znanego mu z widzenia człowieka, który wrzucał list do skrzynki pocztowej. List obsunął się i upadł na chodnik. Tada podniósł go i zobaczył adres: Gestapo, aleja Schucha. Schował list do kieszeni, a w domu otworzył go i znalazł donos na siebie, w którym został opisany, jako członek tajnej organizacji – konspiracji polskiej. Tada oczywiście zniszczył ten list.

KOPNIAK

Drugim Niemcem, który uratował Halinę z opresji był starszy człowiek, feldfebel, który był w obstawie podczas ulicznej łapanki. Szła zamyślona i została zatrzymana. Niosła akurat całą teczkę podręczników wojskowych, które miała dostarczyć na „punkt” gdzie szkolili się „chłopcy”. Niemiec chwycił ją za ramię i wyrwał teczkę z ręki. Otworzył ją i zaczął kartkować pierwszą książkę. Wściekły, wsadził książkę z powrotem do teczki, zamknął ją i wepchnął jej pod pachę, a potem silnym kopniakiem wypchnął ją, jako już sprawdzoną, poza kordon. Szła patrząc na ciężarówkę, do której pakowano innych, przeznaczonych do obozu, albo na roboty do Niemiec. Widocznie Niemiec chciał dać komuś młodemu szansę ocalenia.

WYBUCHOWY KWIATEK

Halina wiozła pociągiem granat w doniczce z kwiatkiem (próbka oferowanego zakupu od jakiegoś wiejskiego bandziora). Przebrnęła kontrolę „paskarzy” wożących żywność do stolicy i dobrnęła do Warszawy już po godzinie policyjnej. Tu trafiła na obławę. Niemcy sprawdzali dokumenty i bagaże. Halina nie miała przepustki, ale szła wprost na nich. Nagle znalazło się koło niej dwóch podpitych żołnierzy niemieckich, mających pewno ochotę na flircik. Jeden zabrał jej z ręki torbę z doniczką, a drugi wziął ją pod rękę i śmiejąc się przeprowadzili ją, bez zatrzymywania przez kordon. Dom był niedaleko, więc kiedy zobaczyła niemieckiego oficera, zawołała do niego: „Proszę mi pomóc, ci żołnierze są pijani.” Był młody i pewno chciał pokazać, że muszą go słuchać, więc zwyczajem niemieckim sklął ich i kazał iść precz. Na szczęście oddali jej torbę z doniczką i granatem.

czwartek, 29 kwietnia 2010

KONSPIRACJA

Przez pewien czas przetrzymywaliśmy z Haliną w naszym mieszkaniu ręczny karabin maszynowy Browning (trzymaliśmy go za sofą w pokoju Haliny; skrytka pod podłogą mogła pomieścić tylko broń krótką i granaty, a także nielegalną prasę i wydawnictwa.)
Razem z Witkiem woziłem ten rkm, owinięty w papier pakowy i obwiązany sznurkiem – na wykłady o broni. Pewnego dnia, w drodze powrotnej z wykładu jechaliśmy tramwajem i na pomoście ustawiliśmy pakunek w kącie, prowadząc ze sobą ożywioną rozmowę. Starszy pan (może po prostu dorosły?), podszedł do nas i zwymyślał za niechlujstwo i głupotę. Tłumik lufy rkm przedarł papier i sterczał na zewnątrz pakunku. Czym prędzej zakryliśmy koniec lufy kawałkiem papieru i wysiedliśmy z tramwaju.

Wkrótce potem wracałem sam, z pakunkiem „Podręcznika dowódcy plutonu”, po kilkugodzinnej pracy na ręcznym powielaczu, na Mokotowie. Spieszyłem się, więc wskoczyłem do tramwaju, ale sznurek pękł i kartki rozsypały się po podłodze. I znów jakiś dorosły obrzucił mnie zasłużonymi epitetami, pomagając zbierać te kartki.

We dwóch, z Witkiem doręczaliśmy małą paczuszkę na hasło, pod wskazany adres na Żurawiej. Kiedy znaleźliśmy się znów na ulicy zauważyliśmy, że jakiś człowiek idzie za nami. Zaczęliśmy biec, on też. Na rogu alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej rozdzieliliśmy się. Ja skręciłem w prawo i wpadłem na podwórze. Ten człowiek za mną. Zobaczyłem otwarte drzwi do zaplecza kwiaciarni. Wpadłem roztrącając personel i wyskoczyłem na ulicę. Mój prześladowca został zatrzymany. Kiedy wróciłem do domu Witek już tam był. Przez okno widzieliśmy tego człowieka, jak rozglądał się, spacerując wzdłuż alei Jerozolimskich. Nigdy go więcej nie widzieliśmy.

GESTAPO

Ojciec został aresztowany w grudniu 1939 i zawieziony do Gestapo w alei Szucha. Pierwsze pytanie przesłuchującego go oficera było: „Dlaczego walczył pan przeciwko Niemcom?” Ojciec odpowiedział: „Czy nie broniłby pan swego kraju gdyby Niemcy zostały zaatakowane przez polską armię?” „Pański naród nie jest wart, żeby za niego walczyć. Proszę spojrzeć na te listy i karty pocztowe w szufladach mego biurka. To są donosy Polaków na przyjaciół, krewnych i sąsiadów. Jest pan tutaj, ponieważ pański podkomendny z baterii* zadenuncjował pana. Myśmy go nie prosili o współpracę, sam do nas się zgłosił.” Ojciec powiedział,: „W każdym narodzie są ludzie nieuczciwi i kryminaliści.”
Ojciec został oskarżony o przekazywanie pieniędzy rodzinom żołnierzy ze swojej baterii, którzy zostali jeńcami i przebywali w Stalagach. Gestapo podejrzewało, że pieniądze te były nielegalnie dostarczane z zagranicy.
Ojciec wyjaśnił, że będąc zamożnym człowiekiem pomagał tym ludziom w potrzebie z własnych pieniędzy. Oficer Gestapo powiedział: „Czy pamięta pan Fräulein Trude, która mieszkała u pana w domu i uczyła pańskie córki niemieckiego i francuskiego? Teraz mogę już powiedzieć, że ona była niemiecką agentką. Ja nadzorowałem jej pracę i dwa razy byłem w pańskim domu, udając jej narzeczonego. Ja wierzę, że pomagał pan tym ludziom własnymi pieniędzmi. Może pan iść do domu, ale uprzedzam – jeśli kiedykolwiek znajdzie się pan tu znowu, nie zostanie pan zwolniony.”
Wieczorem tego samego dnia ojciec był z powrotem w domu. Opowiedział o warunkach, w jakich więźniowie byli przetrzymywani w „tramwaju” (poczekalni). Jedni czekali na przesłuchanie, drudzy pobici a niektórzy po torturach oczekiwali na transport na Pawiak.

*We wrześniu 1939 roku mój ojciec był zastępcą do spraw technicznych dowódcy IV Zmotoryzowanej Baterii Haubic, która po bitwie nad Bzurą wzięła udział w obronie Warszawy i podobno zniszczyła na Żoliborzu kilka czołgów ogniem wprost.




W Wołominie - od lewej:
Ojciec (Michał), ja, Włodek, Hala, Jadzia, Kira, Mama (Lunia), Fräulein Trude

HONOR Z POD CIEMNEJ GWIAZDY

Przed wojną mieszkaliśmy na Powiślu – na Zagórnej. Niedaleko, na Solcu była fabryczka ojca, gdzie stał blaszany garaż. Kiedy jechaliśmy samochodem, ojciec zostawiał nas przed domem, a sam odstawiał samochód do garażu. Kiedyś, późnym wieczorem, na drodze z garażu do domu zastąpiło mu drogę dwóch bandziorów. Jeden z nich wyciągnął nóż i powiedział: „Dawaj zegarek i portfel, bo jak nie to wypruję ci flaki z brzucha.” Drugi zatrzymał go: „Zostaw, to nasz.” Bandyci swój honor mieli i nie atakowali sąsiadów.

TRESURA

Mój ojciec był gorącym patriotą, ale nie brał udziału w życiu politycznym.i nie należał do żadnej partii. Miał raczej prawicowe upodobania, w opozycji do komunizmu i sympatyzującej z nim lewicy.
„W potrzebie” stawał do walki o Polskę, choć w wieku 20 lat został 100% inwalidą, kiedy stracił palce u nóg w Mandżurii w czasie wojny japońsko - rosyjskiej 1905 roku.
Jako ochotnik zgłaszał się kolejno do walki z Niemcami w ramach armii rosyjskiej w czasie Wojny Światowej 1914 i do walki z bolszewikami w roku 1920, a później do obrony Kraju w roku 1939 i do walki w Powstaniu Warszawskim 1944.

Na harcerskim obozie narciarskim zimą 1937/8, w schronisku pod Howerlą, w paśmie Czarnohory, starszy o 3 lata kolega Szyndler spytał mnie, czy interesują mnie losy mojej ojczyzny. Powiedział, że jest grupa patriotycznej młodzieży, która prowadzi akcję samokształceniową tak, jak kiedyś Filomaci i Filareci, w czasach Mickiewicza. Zaciekawiło mnie to – wydawało mi się, że jest to jakby pogłębienie harcerskiego patriotyzmu. W ten sposób, w wieku 12 lat znalazłem się w szeregach Obozu Wielkiej Polski. Była to wówczas organizacja nielegalna, więc obowiązywała tajemnica przynależności, choć wydawano legitymacje imienne ze zdjęciem! Zbiórki mieliśmy raz na miesiąc, a zajęcia polegały na pogadankach historycznych – głownie z czasów Bolesława Chrobrego i na omawianiu „Myśli Nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego. Nasze zbiórki odbywały się w jakimś mieszkaniu na Zamku Królewskim, co w dziecinnych umysłach nobilitowało i w pewnym sensie legitymizowało tę „tajną” organizację. We wrześniu 1939 roku, po wkroczenie Niemców do Warszawy, mama przejrzała moje szpargały i zniszczyła legitymację OWP, o czym mnie lojalnie powiadomiła. Uznałem tą decyzję za słuszną. Miałem już 14 lat!
Pierwszy rok okupacji, to była nauka na tajnych kompletach gimnazjum Batorego i sporadyczne zbiórki harcerskie naszego zastępu Żbików. Potem nastąpiła przerwa w koleżeńskich kontaktach z harcerzami z naszego zastępu. Spotykałem się jednak nadal z dwoma z nich – z Jędrusiem Witulskim i Tomkiem Jaźwińskim. Tomek był humanistą – miał wybitne zdolności dziennikarskie i pisywał do tajnej prasy harcerskiej, zaopatrywał mnie w tajne „gazetki”. Kiedy mieliśmy po 16 lat, zaproponował mi pracę z młodszymi harcerzami, ale ja powiedziałem mu, że mnie interesuje szkolenie wojskowe i bezpośrednia walka z Niemcami. I tak znalazłem się w NOW (Narodowej Organizacji Wojskowej). Poza szkoleniem ściśle wojskowym (między innymi, na bazie Podręcznika Dowódcy Plutonu), mieliśmy szkolenie ideologiczne, w duchu narodowego patriotyzmu.
Zwerbowałem Witka i wraz z nim ukończyliśmy kurs podchorążych, w stopniu kaprala podchorążego. Zostałem dowódcą sekcji – pięciu chłopaków z Wawra, z którymi odbywałem szkolenie. Dowiedziałem się, że organizacja NOW wraz ze Związkiem Jaszczurczym (ZJ), utworzyła NSZ (Narodowe Siły Zbrojne), które ostatecznie podporządkowano dowództwu Armii Krajowej w marcu 1944. Nie wiedzieliśmy, że później to porozumienie zostało zerwane.
Zgłosiłem się na ochotnika do partyzantki wraz z Witkiem, Stasiem i Andrzejem – moim stryjecznym bratem, który należał dotąd do Legii Akademickiej AK.
Dołączyliśmy do Oddziału Cichego na Lubelszczyźnie, gdzie po nieudanej próbie przekroczenia Wisły pod Annopolem i połączenia z partyzantką w Górach Świętokrzyskich znaleźliśmy się po drugiej linii frontu. W ostatnich dniach lipca Oddział został rozwiązany, a pół roku później została rozwiązana Armia Krajowa. Naszych marzeń dołączenia do Powstania Warszawskiego nie udało się nam zrealizować, co do dziś mnie uwiera i boli!

Afganistan - Ludzie


Ludność Afganistanu była zróżnicowana. Wiele ludów czas i historia tu przemieszały: od zbójów – nieujarzmionych, dzielnych nomadzkich Pasztunów i dzikich górali z Nuristanu, którzy przez wieki żyli z napadów na Indie, przez osiadłych na roli Tadżyków, Uzbeków i Kazachów, po Hazarów – skrajnie uczciwych, pracowitych i czystych potomków wojów Dżyngis Chana, którzy przez wieki żyli, jak niewolnicy i tak byli traktowani. Legenda głosi, że nazwa „Hazar” pochodzi od garnizonów, w których Mongołowie zostawiali po tysiąc wojowników (jeden tysiąc = yak hazaar).

Tajemnicza kraina Nuristan (Kraj światła), znana jeszcze w XIX wieku, jako Kafiristan (Kraj Pogan), położona jest w górach Hindukusz (Hindukusz=Zabójca Hindusów). Stąd Aleksander Macedoński wziął tysiąc przewodników atakując Indie. To była kraina nie zdobyta przez najeźdźców do końca XIX wieku, kiedy podbił ją król Afganistanu Amir Abdul Rachman i nawrócił pogan na wiarę Mahometa. Nawet Sowieci w końcu wieku XX nie zdołali podbić Nuristanu.
Legenda głosi, że Nuristańczycy, z których wielu jest podobno jasnowłosych i błękitnookich, pochodzą od konnego ludu z północy. Stąd kult wizerunku konia i dźwięki tętentu koni w ich muzyce. W domach wieszano i czczono wycięte z ciosanej deski profile końskiej głowy, a takie same deski ustawiano również na grobach. A przecież w tych górach nigdy koni nie było. Na drewnianych ścianach meczetów widać wycinane motywy architektoniczne, o greckich znamionach – ślad po kulturze greko-baktryjskiej. Do największej wioski Kamdesz można dostać się po dwugodzinnej wspinaczce z drogi wyciętej wzdłuż górskiej rzeki Kunar stromymi, skalistymi ścieżkami niedostępnymi dla koni ani mułów. Wszystkie towary dostarczane tu są w skórzanych worach noszonych na plecach przez mężczyzn, bądź w wiklinowych koszach przeplatanych wełną, noszonych przez kobiety. Domy stoją tu przylepione do skał, a dachy niższych domów służą za podwórza domów wyżej położonych. Dziwnie wyglądają krowy przeżuwające trawę wysoko, na dachach. Każdy poziomy spłacheć ziemi jest wykorzystywany pod uprawę – zbyt cenny, żeby go marnować na cele budowlane.

środa, 28 kwietnia 2010

Polacy w Afganistanie


Droga na wschód wzdłuż rzeki Kabul do Indii przez Khyber Pass została wytyczona przez skaliste góry i wybudowana przez polskich inżynierów zatrudnionych w Afganistanie przed drugą wojną światową. Polscy architekci projektowali i budowali pałace dla króla i siedzibę rządu w Darulamanie pod Kabulem, dokąd doprowadzono linię tramwajową z miasta.
W czasie rewolucji mułłów w roku 1929, kiedy obalono przebywającego wówczas w Europie ówczesnego władcę króla Amanullaha, rozebrano tory i spalono tramwaj – wymysł szatana. Wrak tego tramwaju leżał w połowie trasy, jako muzułmańskie „memento”, jeszcze w latach sześćdziesiątych.

Polscy inżynierowie i architekci (było ich pięciu), w czasie wojny wstąpili do wojska polskiego na Bliskim Wschodzie. Dzięki nim Polacy mieli wspaniałą opinię wśród Afganów, dla których Polak znaczyło człowiek prawy – uczciwy i przyzwoity, świetny fachowiec. Tak było do czasu, kiedy w latach siedemdziesiątych władze PRL wydały paszporty bazarowej tłuszczy. Na ulicach Kabulu pojawiły się opryszki bez zasad, żądne kożuchów poszukiwanych na bazarach w Polsce. „Łatwe” kobiety płaciły niekiedy za kożuchy seksualnymi usługami na zapleczach dukanów. Przestaliśmy wówczas rozmawiać na ulicy po polsku. Było nam wstyd, że jesteśmy rodakami tych szumowin. Afganowie rozwinęli turystykę seksualną do Polski i z rozrzewnieniem relacjonowali swoje przygody w tym kraju, gdzie za grosze można było używać kobiet.

AFGANISTAN (1977 – 1978)


W Afganistanie urzekł nas surowy, drapieżny, pustynny krajobraz gór Hindukuszu i ludzie jakby zatrzymani w czasie kilka stuleci temu.
Od jezior Bandiamiru na wysokości ponad 3000m, o wodzie tak przejrzystej, że trudno rozpoznać ich głębokość, przez Kabul wrzucony w kotlinę na poziomie Kasprowego Wierchu, otoczoną wysokimi górami, do Dżalalabadu, gdzie wpływ monsunów z kontynentu Indii, zza przełęczy Khyber Pass sprawiał, że kwitły tam sady norindżowe, kiedy w Kabulu jeszcze leżał śnieg, a latem na zboczach gór przy przełęczy Salang (tam gdzie teraz jest tunel), można było rzucać się śnieżkami.
Po spacerach w koszulkach z krótkimi rękawami przy granicy z Pakistanem, wspinając się samochodem po „agrafkach” górskiej drogi do Kabulu, nakładaliśmy na siebie kolejno ciepłe części garderoby, żeby po dwóch godzinach wysiąść przed domem w swetrach, kurtkach, czapkach i rękawicach.

UBI TU CAIUS, IBI EGO CAIA

(zapiski nie uładzone)

Nosiło nas z Ewą i dziećmi po świecie. Fascynowały nas nieznane kraje, nieznani ludzie. Staraliśmy się zrozumieć i szanować tych ludzi i byliśmy przez nich szanowani. Nie zdobyliśmy fortuny, ale przeżyliśmy ciekawe chwile, poznaliśmy inne wierzenia i inne hierarchie wartości. Cenimy sobie te wspólnie przeżyte na „włóczędze” lata.

Większość ludzi stawała się zgorzkniała i nieszczęśliwa w oczekiwaniu na koniec kontraktu i powrót do domu z kiesą zarobionych i zaoszczędzonych pieniędzy.
A nasze „cygańskie” wędrówki rodzinne, po kilka lat spędzanych w tak różnych regionach świata, jak Centralna Azja, Zachodnia Afryka, czy Środkowy Wschód, stały się naszym normalnym życiem. Żyliśmy bez poczucia tymczasowości, mając świadomość, że nie błąkamy się po świecie, bo jesteśmy zakotwiczeni w Polsce.

Wolność wykwita z lufy karabinu

Dyrektor Neftalin był niezłym konstruktorem i dobrym menadżerem. Był to twardy człowiek, o mocnej, partyjnej pozycji. Któregoś dnia zaprosił mnie na rozmowę o roli architektów w Biurze (i tu byłem przewodniczącym koła SARP).
Kiedy usiadłem, Neftalin zaczął krążyć po gabinecie, wymyślając na nieznośnych, przemądrzałych architektów. Podniecał się własnym monologiem i przestał na mnie zwracać uwagę. Po pewnym czasie wstałem i podszedłem do drzwi. „Dokąd pan idzie?” „Wrócę, jak pan się uspokoi.” „Przepraszam, proszę usiąść” powiedział i kontynuował swoją wędrówkę, ale już bez słowa. Po chwili rozpoczął rzeczową rozmowę. Od tego dnia nie zdarzyło mu się zachowywać nie właściwie wobec mnie.

W czasie Rewolucji Kulturalnej w Chinach, polska prasa publikowała hasła rewolucji.
Na taśmach papieru wypisałem wielkimi literami kilka haseł:
„Wolność wykwita z lufy karabinu”
„Wschód jest czerwony”
„Armia i partia, to jedność”
„Żelazną pięścią zapędzimy ludzkość do szczęścia”
Zawiesiłem je w pracowni w formie kolorowego fryzu na ścianach, pod sufitem. Mieliśmy sporo uciechy, wielu ludzi przychodziło z sąsiednich pracowni i śmiało się razem z nami.
Przyszedł też sekretarz partii i powiedział do mnie: „Panie inżynierze, niech pan to zdejmie.” Spytałem: „Dlaczego?” Odpowiedział „Nie wiem”. „Przekonał mnie pan” powiedziałem i zdjąłem te hasła. Zrozumiałem, że ktoś może mi zaszkodzić, zgodnie z zasadą UB: wskażcie mi człowieka, a paragraf na niego znajdziemy!

Otrzymałem polecenie zaprojektowania Wydziału Poliolefin dla zbudowanych jeszcze przed wojną Zakładów Chemicznych w Boryszewie. Produkcja wymagająca powierzchni ponad 1ha
miała być rozdzielona na dwie hale, bo na terenie Zakładu na jedną, taką potężną halę nie było miejsca. Zaproponowałem przeprojektowanie całego terenu, co przy niewielkich wyburzeniach i uporządkowaniu infrastruktury (układ bocznic kolejowych, dróg i sieci zewnętrznych technologicznych i instalacyjnych), stworzyłoby przestrzeń rozbudowy. Dyrektor polecił opracować projekt zgodnie z wytycznymi technologów (to jest bez zmian układu przestrzennego). Nie mogłem odmówić, ale równolegle (na własne ryzyko), przygotowałem moją koncepcję, która została zatwierdzona w Ministerstwie Chemii i pokazana na wystawie, jako wzorowy przykład modernizacji starych zakładów.

Nie udało mi się przeforsowanie pomysłu unifikacji architektury Zakładów Azotowych we Włocławku. Neftalin polecił adaptować projekty wydziałów opracowane dla innych zakładów w Polsce, co niweczyło moją ideę jednorodnych, licowanych ciemnym klinkierem płaskich budynków, stanowiących podstawy pod wspaniałe, skonstruowane ze stali nierdzewnej gigantyczne instalacje chemiczne. Koncepcja przygotowana, przy comiesięcznych konsultacjach z technologami z Carbonage de France, pochłonęła pełny rok mojej pracy, a efekt tej pracy został – jak zwykle podporządkowany doraźnym, źle zrozumianym oszczędnościom. Oszczędności na projektowaniu okazały się fikcją, ze względu na trudności i skalę adaptacji projektów do konkretnych potrzeb i okoliczności. Moje marzenia o przestrzennej rzeźbie przemysłowej XX wieku legły w gruzach.
To był główny powód mojej decyzji zatrudnienia się w Anglii, co zostało odebrane, jako dezercja. Nie miałem wyrzutów sumienia, bo wcześniej Neftalin nie dotrzymał słowa i ostatecznie nie wyraził zgody na mój wyjazd do Afganistanu, co postawiłem, jako mój warunek rozpoczęcia pracy w Prochemie.

Gosposia

Po wojnie, kiedy mieszkałem z rodzicami, w Warszawie, a wszyscy troje pracowaliśmy, mieszkała z nami „Gosposia” - Wilnianka - kobieta już nie młoda, samotna, która straciła męża i syna, zabitych przez znienawidzonych bolszewików.
Po ucieczce Sowietów, w wyniku ofensywy niemieckiej 1941 roku, mieszkańcy Wilna odnaleźli na dziedzińcu więzienia zwłoki pomordowanych więźniów, którzy przed śmiercią byli torturowani. Syn Gosposi, aresztowany za przynależność do harcerstwa, miał głowę przebitą drutem, przeciągniętym przez uszy...
Rozstrzelani księża mieli żywcem pozdzieraną w kształcie krzyża skórę na piersiach.
Więźniowie byli przed śmiercią krępowani drutem kolczastym. Wielu miało zmiażdżone palce u rąk i nóg.
Ta bogobojna kobieta nienawidziła też pijaków. Powiedziała kiedyś, że nie podałaby szklanki wody konającemu pijakowi, bo za pomoc pijakowi nie miałaby nagrody w niebie...

wtorek, 27 kwietnia 2010

Zbiórka makulatury

Pracowałem tu w latach 1961-1963.
W moim pokoju pod „rajzbretem” piętrzył się stos literatury partyjnej, już nie celebrowanej
przez POP (podstawowa organizacja partyjna – obecna w każdym przedsiębiorstwie, urzędzie i instytucji). Pewno nikt nigdy z tych książek nie korzystał, ale biblioteczka partyjna była świętością dla każdej komórki PZPR. Po „październiku” (56), książki zostały złożone w kącie, ale nikt nie odważył się ich wyrzucić, a mnie przeszkadzały w pracy. Sekretarz partii powiedział, że są mu niepotrzebne i mogę je sobie zabrać. Co dzień, po pracy wynosiłem po kilka książek, wyrywałem tylko kartki z pieczątką „POP Społem”. Mój syn Leszek zanosił książki do szkoły i okazało się, że dostarczył najwięcej makulatury w roku szkolnym, za co otrzymał podziękowanie za wzorową obywatelską postawę.

Lenin w Poroninie

Był rok 1958. W Bukowinie Tatrzańskiej miałem opracować koncepcję sanatorium dla inwalidów. Zabrałem ze sobą Halinkę i Leszka. Zamieszkaliśmy w Domu Wczasowym, gdzie królował KOwiec (instruktor kulturalno-oświatowy), były nauczyciel, miejscowy góral. Siedzieliśmy właśnie w słońcu na ławeczce, kiedy obok przechodził trzymając za pośladki dwie młode tęgie, głupawo uśmiechnięte Ślązaczki. Halinka spytała: „A co żona na to?” „A niech ją pani spyta, tam idzie po ścieżce górą.” A górką szła góralka w chustce na głowie, uginając się pod dwiema bańkami pełnymi mleka. Halinka spytała: „I co, nie ma pani nic przeciwko temu, że mąż tak wczasowiczki obściskuje?” „A co mi tam” odpowiedziała. To mnie zaciekawiło, więc spytałem: „Jak pan to robi?” „Bardzo prosto. Kiedyś miała do mnie pretensje, to ją spytałem, co chcesz to masz? Mam, powiada... Kiedy chcesz masz? Mam, powiada... Jak chcesz masz? Mam... A ile chcesz też masz? Mam... To, co ja mam z resztą zrobić?” Trudno było odmówić logiki tym argumentom.

Parę dni później opowiadał nam, jak jego dziad, który był we wsi sołtysem został wezwany do proboszcza, nękanego skargami górali na jakiegoś cepra, „co tu ludzi przeciwko Bogu buntuje”. Proboszcz powiedział: „Zawołajcie jakiegoś gazdę, weźcie razem tego cepra za hajdawery i odstawcie furmanką ziandarmom do Poronina – niech go tam zamkną”.
Tak pamiętają górale „wielkiego” Lenina w Poroninie, gdzie przez wiele lat było jego muzeum i dokąd partyjni działacze organizowali masowe pielgrzymki.

Wypadek w wieku 95 lat

Po zwolnieniu z wojska szukałem pracy. Kierownik zespołu w Biurze Projektów Przemysłu Piwowarskiego sympatyczny, jowialny, starszy pan ucieszył się. „Architekt? Świetnie, bo wie pan, my projektujemy nawet obiekty z oknami, więc przyda się nam architekt.” W trakcie pogawędki dowiedziałem się, że ten pan jest synem zesłańca i urodził się na Syberii, gdzie wielu ludzi nie wytrzymuje ostrego klimatu i słabi wcześnie umierają, ale zdrowi nabierają odporności i długo żyją. On właśnie pochodził z długowiecznej rodziny. Jego ojciec wprawdzie zmarł, kiedy miał 95 lat, ale to był wypadek – spadł z konia!

Nimfa Kalipso

Oto nieupiększone wspomnienia z lat szkolnych.
Tak widział Gimnazjum Batorego nie wzorowy uczeń, a przeciętny chłopiec, który miewał kłopoty z „zachowaniem”, a na którym Szkoła pozostawiła ślad na całe życie.

Dotąd ze wzruszeniem wspominam takich nauczycieli, jak wymagający i wydawało się nam bezduszny łacinnik „Kalafior” Popławski, który okazał się dzielnym , bojowym oficerem AK
i zginął podobno w Powstaniu, na Starówce.

Pamiętam dobrotliwego fizyka, nazywanego przez nas „Dyzio Balonik” (Fotyma) i dość wydawałoby się ambiwalentnego chemika „Senciu” Lewickiego, u którego w mieszkaniu, w czasie okupacji, zaliczałem chemię, kiedy „Senciu” łaził na czworakach po podłodze, zabawiając swego nieznośnego wnuka.
A „płeć piękna? Historyczka „Honoratka” Obuchowska – duża i urocza kobieta, oraz „Nimfa Kalipso” Lalewiczowa, z której urody bezlitośnie zakpili twórcy jej przezwiska. Spotkałem „Nimfę Kalipso” po wojnie, na zagruzowanych jeszcze ulicach Warszawy. Ucieszyła się i popłakała. Powiedziała: kiedy jestem na Powązkach, na harcerskich grobach, to tak, jakbym odczytywała listę obecności z klasowego dziennika.

Pamiętam też prostodusznego i rubasznego księdza Kunerta, z malowniczą szramą przez cały policzek. Krążyły dwie wersje na ten temat. Jedna, że był w kawalerii na froncie bolszewickim w 1920 roku i został ranny szablą w czasie szarży ułańskiej. Druga wersja – że był chemikiem i został ranny w czasie wybuchu w laboratorium, podczas ryzykownego eksperymentu. Pewno żadna z tych wersji nie była prawdziwa.

Na koniec – dyrektor Radwański zwany przez nas „Satyrem”, z racji siwej, koziej bródki. Pozornie groźny, ale wyrozumiały pedagog, któremu wskoczyłem na brzuszek, w pierwszym dniu mojego pobytu w szkole.

A tacy wspaniali ludzie, jak geograf Domański - „Zeus”, nasz drużynowy, czy anglista Prejbisz, który grał z nami w piłkę nożną i nie miał jeszcze przezwiska, albo matematyk Stefan Wysocki, który był szanowanym przez nas wychowawcą i usiłował nas (raczej bez skutku), umuzykalniać... Gdzie teraz są tacy nauczyciele?

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Gimnazjum Batorego

Jesienią 1937 roku zostałem przyjęty, po egzaminie konkursowym , do gimnazjum Batorego. Muszę przyznać, że nie byłem dobrym uczniem i uplasowałem się na szarym końcu przyjętych do gimnazjum chłopców. Ale udało się. Ja nie lubiłem uczyć się na pamięć i nawet tabliczki mnożenia przez wiele lat nie umiałem. Jednak lenistwa nie da się usprawiedliwić.

Byłem ruchliwym, małym urwisem, któremu trudno było usiedzieć dłużej na jednym miejscu.
W kilka dni po rozpoczęciu zajęć odkryłem, że rzeźbiona w kwadraty, szeroka poręcz na schodach doskonale nadaje się do zjeżdżania na nogach i wykonywania narciarskiego skoku ze słupka na podeście schodów. Podczas takiego skoku, w czasie przerwy, wylądowałem piętami na brzuszku „Satyra” – dyrektora Radwańskiego, który akurat wchodził na górę po schodach. Biedny „Satyr” (miał bródkę przyciętą w szpic i dlatego chłopcy tak go nazywali), stracił oddech i jedno, co był w stanie wykrztusić z siebie, było: „Chłopcze, nie rób tego więcej”. Na szczęście nie znał jeszcze mego nazwiska i w ten sposób „upiekło mi się”. Jednakże, przez długi czas, schodziłem z drogi dyrektorowi, żeby nie skojarzył sobie mnie z tym nieszczęsnym skokiem na schodach.

Codziennie, przed lekcjami, wszyscy uczniowie zbierali się w auli, gdzie ustawieni klasami śpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze” i skomponowany przez będącego wówczas w klasie maturalnej Witolda Lutosławskiego, do słów St. Młodożeńca, hymn Szkoły „Pochodem idziemy”. Zwykle „Satyr” zwracał się w krótkich słowach do uczniów. Pamiętam takie przemówienie: „Jakieś łobuzy kasztany po szkole ciskają. Ja tego tolerować nie będę. Ja was do Lelewela odeślę.” Trzeba wyjaśnić, że wówczas Gimnazjum i Liceum imienia Stefana Batorego miało numer 1 i było najlepszą państwową szkołą w Warszawie (może nie tylko w Warszawie?), zaś szkoła imienia Joachima Lelewela była w Warszawie najsłabszą średnią szkołą państwową.

Szkoła Batorego wyróżniała się wolnymi od nauki czwartkami poświęconymi na zajęcia fizyczne takie, jak piłka nożna, zabroniona w innych szkołach, pływanie, tenis i -oczywiście- gimnastyka. Basen szkolny miał podobno wrażliwy system filtrów i dlatego wszyscy pływaliśmy nago, wraz z nauczycielem gimnastyki panem Lechowskim. Wzorowaliśmy się na atletach greckich, choć daleko nam było do ich sprawności fizycznej.

W czasie dużej przerwy schodziliśmy wszyscy, klasami, do podziemi, z nauczycielem z ostatniej przed tą przerwą lekcji i siadaliśmy przy długich stołach (każdy stół – dla jednej klasy). U szczytu stołu siadał nauczyciel. Śniadania przygotowywały kucharki, pod okiem dyżurnych pań z Koła Matek. Dla każdego ucznia przygotowane były na talerzu dwie kromki białego chleba z masłem i wędliną (najczęściej z szynką), lub żółtym serem, oraz kubek herbaty, albo białej kawy zbożowej. Prócz tego, na stołach ustawione były kosze z kromkami razowego chleba z masłem dla tych chłopców, których apetyty nie zostały zaspokojone porcjami na ich talerzach. W dzbankach na stołach była dodatkowa herbata, albo kawa.
Składka na śniadania wynosiła 5 złotych miesięcznie, co było nie małym obciążeniem dla mniej zamożnych rodziców (czesne za szkołę wynosiło 20 złotych miesięcznie!). W wypadkach, kiedy rodzice nie mogli opłacać śniadań, byli z tych opłat zwalniani pod warunkiem, że nikt, w tym również ich syn, nie mógł o tym wiedzieć. Ten takt i szacunek dla człowieka niezamożnego był charakterystyczny dla atmosfery panującej w szkole.
Podczas zjazdu uczniów i wychowanków Batorego w roku 2003 zaskoczony byłem bufetem pełnym słodyczy i różnych napoi, prowadzonym przez prywatną osobę (firmę?). Za pieniądze (jeśli się je ma), można dostać wszystko. Bez pieniędzy – nic. To już nie ta sama szkoła... Przykro.

Przeczytałem gdzieś gorzkie wspomnienia Andrzeja Łapickiego, który uczęszczał do Szkoły Batorego jeszcze przed wojną. Napisał z nutą nagany, że niektórzy uczniowie przywożeni byli do Szkoły samochodami. Dobrze pamiętam, że nie wolno było podwozić uczniów bezpośrednio pod Szkołę, ażeby ich nie wyróżniać. Ja uważam przedwojenną Szkołę Batorego za kuźnię koleżeństwa i równości.

Pod koniec roku szkolnego każda klasa wyjeżdżała gdzieś na tydzień, na wycieczkę. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek z moich kolegów nie wyjechał na taką wycieczkę, a więc sądzę, że i w takim wypadku niezamożni rodzice nie ponosili dodatkowych kosztów.
Dwa razy brałem udział w takich wycieczkach. W roku 1938 byliśmy w schronisku nad jeziorem Charzykowskim. Od razu podzieliliśmy się na dwie grupy. Część z nas pobiegła na piętro, a reszta została na parterze. I tak narodziły się dwie wspólnoty: górali i doliniarzy. Podział i solidarność „terytorialna” narodziły się natychmiast. Tak pewno powstają też „małe ojczyzny” – bez zamierzenia, po prostu automatycznie. Ten podział utrzymywał się tak długo, jak długo mieszkaliśmy w schronisku.

Naszym opiekunem na wycieczce był Antoni Prejbisz – nauczyciel języka angielskiego. Prejbisz, po pobycie na jednym ze sławnych uniwersytetów angielskich (Cambridge, albo Oxford), wprowadził nowatorskie stosunki między nauczycielami, a uczniami. Biegał po boisku jak my, w krótkich spodenkach i grał z nami w piłkę nożną. Po pierwszym meczu zarządził, że w jego drużynie będą grali wszyscy uczniowie, którzy mają słabe stopnie z języka angielskiego. Chciał na przyszłość uniknąć kopniaków, jakie w tym meczu oberwał. Ja też miałem odtąd grać w jego drużynie.
Wiosną 1939 roku byliśmy na wycieczce nad morzem w Lisim Jarze, koło Jastrzębiej Góry. Z wycieczki tej pamiętam tylko przejazd pociągiem przez „Wolny” Gdańsk, gdzie na stacji któryś z kolegów wyrzucił na peron papierek. Wyskoczyłem z wagonu i podniosłem go. Widział to nasz wychowawca Stefan Wysocki i pochwalił mnie za „obywatelską” postawę. Niewiele otrzymywałem pochwał w szkole. Może dlatego utkwiło to w mojej pamięci?

Profesor Wysocki prowadził z nami lekcje umuzykalnienia, podczas których kazał nam słuchać płyt gramofonowych z nagraną muzyką klasyczną. Był to mój pierwszy kontakt z poważną muzyką, choć przedtem uczęszczałem w szkole na zajęcia orkiestry. Uczyłem się grać, (ku utrapieniu mojej rodziny, bo ćwiczyłem grę również w domu), na trąbach: najpierw na alcie, a potem na kornecie. Skończyło się to zabawnie. Była zima, piękny śnieg, ja po harcerskim obozie narciarskim. Postanowiłem pojeździć na nartach, zamiast iść na zajęcia w orkiestrze. Pech chciał, że w powrotnej drodze, idąc z nartami na ramieniu, spotkałem na ulicy nauczyciela od orkiestry. Spytał mnie czemu nie byłem na zajęciach? Odpowiedziałem głupio: „bo mnie gardło boli” i tak zawstydziłem się swojej głupiej wymówki, że zrezygnowałem z grania w orkiestrze i więcej już nie poszedłem na próbę.

W październiku 1939 roku zaczęliśmy odgruzowywać zniszczony bombą jeden z budynków mieszkalnych przy ulicy Myśliwieckiej i porządkować budynek szkoły, gdzie pod aulą leżał niewybuch 500 kilogramowej bomby lotniczej, która mogłaby zniszczyć całą frontową część budynku Szkoły. Wkrótce jednak Niemcy wywiesili flagę ze swastyką i zajęli Szkołę dla swojej młodzieży. Kiedyś zobaczyłem tam kolegę z mojej klasy Andrzeja Skarbek-Telszewskiego, wychodzącego z budynku w mundurze Hitlerjugend. W kilka lat później, po zdaniu egzaminu do Szkoły Wawelberga, Skarbek znalazł się znów w tej samej klasie ze mną i z Jędrusiem Witulskim. Wzięliśmy go między siebie na przerwie i spytaliśmy naiwnie – co robił w mundurze HJ? Zbladł, zaczął się wypierać, poczym wyszedł i więcej się nie pokazał.
Nasz wspólny kolega Kazik Radwański, po wyjściu z obozu jenieckiego w Niemczech, zobaczył Skarbka idącego w mundurze podchorążego AK. Kazik jechał wojskowym jeepem. Zanim zatrzymał go i wyskoczył, Skarbek zniknął. Nigdy więcej o Skarbku nie słyszałem.

Już pod koniec1939 roku rozpoczęliśmy naukę na „kompletach”. Tajne nauczanie prowadził w naszej piątce Prejbisz wraz z dwiema młodymi nauczycielkami. Mieszkaliśmy w alejach Jerozolimskich u wylotu Kruczej, która wówczas kończyła się tu ślepo. W naszym mieszkaniu na 1szym piętrze mieściło się biuro mego ojca. W czasie nauki, kiedy siedzieliśmy w małym pokoju, w biurze zjawiło się dwóch gestapowców, którzy zamknęli się na rozmowę z moim ojcem w jego gabinecie. Moja mama natychmiast ewakuowała nauczyciela i kolegów, wypuszczając ich pojedynczo kuchennymi schodami. Wkrótce gestapowcy rozpoczęli powierzchowną rewizję całego lokalu. Mój ojciec został aresztowany.

W ramach nauki języka polskiego Prejbisz zadał nam wypracowanie: „Prawdą, czy kłamstwem, czym powinna kierować się propaganda?” Podtekst był oczywisty. Wiadomo było, że niemiecka propaganda nie szanowała prawdy, a Goebels był mistrzem kłamstwa.
Jednak ja, z wrodzoną sobie przekorą napisałem, że mogą się zdarzyć takie wypadki, kiedy kłamstwo w propagandzie może być rozgrzeszone, a nawet konieczne. Tego było za wiele!
Prejbisz potraktował moją wypowiedź jako zniewagę i więcej nie pojawił się na naszych kompletach. Do dziś jeszcze nie jestem pewien, czy miałem rację? Czy miałem prawo twierdzić, że nie wszystko jest czarno-białe? Że tak twierdzą ortodoksi, hipokryci i święci?

Po roku zacząłem uczęszczać na „kursy przygotowawcze do liceów zawodowych” na Hożej.
To była zakamuflowana czwarta klasa gimnazjum ogólnokształcącego. Uczyło tam wielu nauczycieli od Batorego, a wśród nich nauczyciel matematyki Mieczysław Czyżykowski, który po wojnie został profesorem matematyki na Politechnice Warszawskiej. O nim właśnie chcę opowiedzieć. Ja, pisząc klasówkę, ściągałem jak zwykle. Nie starczyło mi jednak sprytu, żeby przewidzieć skutki napisania dobrze klasówki i nauczyć się tego materiału. Czyżykowski był zaskoczony świetnym poziomem „mojej” pracy i zaprosił mnie do tablicy a ja nie umiałem rozwiązać zadań, które odpisałem od kogoś. Koniec roku szkolnego był blisko. Czyżykowski był zawsze uprzedzająco grzeczny i zwracał się już do nas per „pan”. Powiedział: „Panie Bogusławski, pan jest kompletny tuman. Nie podejmuję się więcej pana uczyć”. Wróciłem do domu zaskoczony. Może ja rzeczywiście jestem tuman? Zacząłem czytać i przerabiać zadania szkolne z mojego zeszytu, kupiłem „Lilavati” i „Śladami Pitagorasa”, a matematyka zaczęła mnie interesować. Okazało się, że nie wymaga ona bezmyślnego wkuwania wzorów na pamięć. Jest logiczna, a wzory można sobie wyprowadzać samemu. Matematyka pochłonęła mnie kompletnie. Po dwóch miesiącach zaznajomiłem się również z przerobionymi tematami i wydało mi się że, że taką klasówkę, jaką ściągnąłem bezmyślnie można traktować, jako zabawę - coś w rodzaju łamigłówki do rozwiązania. Poszedłem więc do Czyżykowskiego i poprosiłem go, żeby mnie przepytał. Odpowiedział: „Po co? Szkoda czasu.” Wezwał mnie jednak do tablicy i przez całą godzinę lekcyjną rozwiązywałem różne zadania i wyprowadzałem wzory. Po dzwonku powiedział: „Zaskoczył mnie pan, panie Bogusławski. Nie mogę panu postawić piątki, bo cały rok, a pewno i dużo dłużej pan się nie uczył. Stawiam panu czwórkę.”

Na jesieni 1941 zdałem bez trudu egzamin do Szkoły Wawelberga, jednakże wkrótce usunięto mnie wraz z innymi, którzy nie ukończyli 18 lat. Z takich „wyrzutków” utworzono prywatne, dwuletnie liceum mechaniczne T. Synoradzkiego, (w dawnym gmachu Gimnazjum Wojciecha Górskiego), gdzie w pierwszym roku przerabiano pełen kurs maturalny z matematyki, wraz z podstawami rachunku różniczkowego, co było niezbędne do nauki termodynamiki i wytrzymałości materiałów, w drugim roku szkolnym. I tu, niespodziewanie dla mnie samego zostałem drugim matematykiem w klasie. Nie miałem nawyku wkuwania wzorów, które przeważnie wyprowadzałem sobie i w ten sposób zdobyłem przewagę nad „rutyniarzami” – tradycyjnie dobrymi matematykami. Bezdyskusyjnie pierwszy był kolega (nie pamiętam jego nazwiska), który był prawie geniuszem, jak Krzyś Kamiński, z mojej klasy u Batorego (Krzyś został rozstrzelany wraz z ojcem w egzekucji ulicznej, na rogu alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej, na przełomie 1943/1944).

Ostatnie moje spotkanie z profesorem Czyżykowskim nastąpiło przypadkiem nad morzem, w roku 1969. Przypomniałem mu moją „przygodę” matematyczną i wyraziłem mu moją wdzięczność. Dowiedział się ode mnie, że jestem architektem i spytał: „Czy przydaje się panu matematyka w pańskiej pracy? Czy stosuje pan jakieś wzory?” Odpowiedziałem: „Tak, panie profesorze. Matematyka nauczyła mnie logicznego myślenia, systematyki i dokładności, choć żadnych wzorów nie muszę stosować - mam od tego specjalistów. Wydaje się, że do profesora nie dotarło moje wyjaśnienie i stwierdzenie, że matematyka po prostu uporządkowała mój sposób myślenia. (Mam nadzieję!)

Pomarańczarnia

23 WDH była znana, jako pomarańczarnia, od pomarańczowych chust harcerskich.
W grudniu 1937 roku pojechaliśmy na obóz narciarski do schroniska w Czarnohorze, na Huculszczyźnie.

Po nocy spędzonej w przedziałach 3ej klasy, gdzie my - mali spaliśmy na nartach ułożonych w poprzek, na górnych pólkach, kiedy starsi wylegiwali się na plecakach ułożonych między ławkami. Wysiedliśmy na stacji w Worochcie. Było już ciemno i zimno. Mróz, śnieg i oblodzone ulice. Wędrowaliśmy przez miasto do kolejki wąskotorowej, używanej do transportu drewna z wyrębów w górach. Każdy z nas niósł swój plecak i drewniane narty. Nam, małym dwunastolatkom było ciężko i wlekliśmy się w ogonie kolumny maszerującej środkiem ulic. Nasz drużynowy „Zeus” był młodym nauczycielem geografii {w harcerstwie byliśmy z nim per „ty”, ale na lekcjach wszyscy uczniowie zwracali się do niego per „panie profesorze”), kazał nam iść na przedzie i nadawać tempo marszu. Obaj z Jędrusiem Witulskim - „krótkie szkraby”- nadaliśmy takie tempo, że starsi nie mogli nadążyć. Ambicja dodawała nam skrzydeł i sił. Po wielu latach zdałem sobie sprawę, że ledwie powłóczący nogami słabeusz, który nie czuje nawet specjalnego związku ze swoją grupą, postawiony na czele staje się silny i odpowiedzialny za nią, nie zawodzi, jest dzielny i potrafi dać przykład.
W nieogrzewanych wagonikach kolejki zmarzliśmy. Już była noc, kiedy wysadzono nas na skraju lasu, przez który wspinaliśmy się oblodzonym „holwegiem”, którym drwale w tym czasie spuszczali pnie drzew. Kiedy słyszeliśmy ostrzegawczy okrzyk drwala, uskakiwaliśmy w śnieg, między stojące drzewa, a obok, koło nas pędziły z łomotem pnie. obijając się o drzewa, do najbliższej polanki, na zakręcie, gdzie następny Hucuł wbijał siekierę w pień i kierował go w dół. Skostniali z zimna i bardzo zmęczeni, ale cali dotarliśmy do niedawno zbudowanego, drewnianego schroniska na porębie poniżej szczytu Howerli. Nowiutkie schronisko, niewielkie pokoje z piętrowymi łóżkami, centralne ogrzewanie i ciepła woda, kucharki przygotowujące kolację, po prostu raj.

Mieliśmy codziennie naukę jazdy na nartach na zboczach Howerli. Zaawansowani narciarze wyruszyli na parudniową wycieczkę na Pop Iwan. Potem zorganizowano narciarską „pogoń za lisem”. Nie mieliśmy jednak szans złapać lisa, którym był najlepszy narciarz w drużynie. Wielkim przeżyciem był Nowy Rok. Ledwie zasnęliśmy w noc Sylwestrową, kiedy zbudził nas alarm i wymarsz w góry, gdzie starsi harcerze ustawili potężny stos drewna – ogromne ognisko, a cała drużyna ustawiona w czworobok wysłuchała rozkazu „Zeusa”. Śpiewaliśmy kolędy i pieśni harcerskie, a potem – z zapalonymi pochodniami w dłoniach zjechaliśmy do schroniska na zasłużony sen. Do dziś pamiętam ten zjazd, kiedy cienie układały się na śniegu w niespodziewany sposób i trzeba było zjeżdżać na elastycznych, ugiętych kolanach, bo narty uciekały w dół, albo podchodziły niemal pod gardło.

Rok później mieliśmy obóz narciarski w Kościelisku. Zaawansowani narciarze, a wśród nich Alek, Długi, Zośka, Słoń, Czarny Jaś i Mały Tadzio, wyruszyli na wycieczkę szczytami Czerwonych Wierchów. Moje umiejętności narciarskie nie były dostateczne, żeby do nich dołączyć. Było to ostatnie zimowisko przed wojną.

Co roku nasza drużyna przeprowadzała ćwiczenia „w terenie”. Pamiętam ostatnie ćwiczenia, kiedy kilku znanych nam starszych kolegów miało przedrzeć się w przebraniach z Pragi, przez mosty i dotrzeć na umówione miejsce w Śródmieściu. Reszta – w mundurach harcerskich miała ich ujawnić i „wziąć do niewoli”. Sprawdzaliśmy wszystkie tramwaje i autobusy przejeżdżające przez mosty, zatrzymywaliśmy taksówki i dorożki. Przechodnie i pasażerowie, którym wyjaśnialiśmy nasze działania przyjmowali je z sympatią i życzliwym zainteresowaniem. Byliśmy bardzo przejęci i dumni z naszej akcji. Ostatecznie dwóch starszych druhów, przebranych za młodą parę powracającą ze ślubu w dorożce, przedarło się przez nasze straże. W innych ćwiczeniach na terenach podmiejskich brał udział w tropieniu harcerzy samolot Aeroklubu, z którego zrzucano meldunki.

Na zbiórkach robiliśmy sobie „tory przeszkód”, uczyliśmy się topografii, marszu „na azymut”, przerabialiśmy musztrę i słuchali opowiadań z historii harcerstwa, skautingu i historii Polski, począwszy od patrona naszej drużyny Bolesława Chrobrego. Powoli, z niesfornych urwisów kształtowano coraz bardziej świadomych swoich ideałów harcerzy, którzy w czasie wojny stawali się dobrymi żołnierzami uczącymi się i planującymi swoje ewentualne przyszłe życie po wojnie tak, żeby móc odbudować nasz Kraj. Walka zbrojna nie była dla nas celem, a tylko etapem do czekającej nas po wojnie pracy.

W czasie wojny, równolegle do kompletów tajnego nauczania, zbieraliśmy się na zbiórki harcerskie. Opuścił nas nasz przedwojenny zastępowy Dziodek Chrobak, który nb. zginął w kwietniu 1944 roku, po udanej akcji wykolejenia niemieckiego pociągu urlopowego. Zbieraliśmy się zwykle na Chmielnej u Kazika Radwańskiego (ranny w Powstaniu, wrócił w 1948 roku, po pobycie w niewoli i służbie w II Korpusie w Niemczech i Anglii). W naszym zastępie był również Jędruś Witulski (poległ w Powstaniu), Kazik Słoński (w Powstaniu nie brał udziału, z powodu złamanej nogi w gipsie, a po wojnie, wraz z matką i siostrą został „ściągnięty” przez ojca, do Anglii) i Tomek Jaźwiński (świetnie zapowiadający się publicysta, autor wielu artykułów w podziemnej prasie harcerskiej, który wraz z Chyrowiakiem Edkiem Olszewskim podobno został przed Powstaniem, po rozmowach z komunistami w sprawie wychowania młodzieży, przetransportowany na stronę sowiecką i tam słuch po nich zaginął. Nikt oficjalnie nie potwierdził tej tak nieprawdopodobnej historii; wg „Pochodem Idziemy” z 1993r. Tomek-„Julek” zginął w Warszawie w listopadzie 1943). W zastępie Żbików byłem też ja, który nie wziąłem udziału w Powstaniu, bo od kilku miesięcy byłem w partyzantce na terenie Lubelszczyzny.

Nasze harcerskie kontakty trwały do przełomu lat 1941/2. Kiedy pokończyliśmy 16 lat znaleźliśmy się w różnych komórkach konspiracji wojskowej, nie zawsze związanych z harcerstwem, ale w wielu z nas zakorzeniły się na całe życie harcerskie zasady bronienia słabszych i pomagania innym.