Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 maja 2015

Czarnohora

Huculszczyzna wydawała się nam tak polska, jak Podhale. Czarnohora z Pop Iwanem, to była enklawa naszych gór na wschodzie, gdzie nie mówiono po góralsku, lecz po rusińsku. Huculszczyzna była od czasów Kazimierza Wielkiego w granicach Rzeczypospolitej. Na zbiórkach harcerskich śpiewaliśmy naszą ulubioną piosenkę „tam szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa, a wesoła kołomyjka do tańca porywa, dla Hucuła nie ma życia, jak na połoninie...” Przed wojną była moda na Huculszczyznę, na huculskie, barwne kilimy, hafty i huculską, bogato zdobioną ceramikę. To był mit ludu, który zachował stare obyczaje i stare obrzędy. To była wyimaginowana miłość, niezależna od bliższego kontaktu z tym ludem. Miłość bezinteresowna i – piękna. 23 WDH była znana, jako pomarańczarnia, od pomarańczowych chust harcerskich. W grudniu 1937 roku pojechaliśmy na obóz narciarski do schroniska pod Howerlą, w Czarnohorze, na Huculszczyźnie. Po nocy spędzonej w przedziałach 3ej klasy, gdzie my - mali spaliśmy na nartach ułożonych w poprzek, na górnych pólkach, kiedy starsi wylegiwali się na plecakach ułożonych między ławkami. Wysiedliśmy na stacji w Worochcie. Było już ciemno i zimno. Mróz, śnieg i oblodzone ulice. Wędrowaliśmy przez miasteczko do kolejki wąskotorowej, używanej do transportu drewna z wyrębów w górach. Każdy z nas niósł swój plecak i drewniane narty. Nam, małym dwunastolatkom było ciężko i wlekliśmy się w ogonie kolumny maszerującej środkiem ulic. Nasz drużynowy „Zeus” był młodym nauczycielem geografii {w harcerstwie byliśmy z nim per „ty”, ale na lekcjach wszyscy uczniowie zwracali się do niego per „panie profesorze”), kazał nam iść na przedzie i nadawać tempo marszu. Obaj z Jędrusiem Witulskim - „krótkie szkraby”- nadaliśmy takie tempo, że starsi nie mogli nadążyć. Ambicja dodawała nam skrzydeł i sił. Po wielu latach zdałem sobie sprawę, że ledwie powłóczący nogami słabeusz, który nie czuje nawet specjalnego związku ze swoją grupą, postawiony na czele staje się silny i odpowiedzialny za nią, nie zawodzi, jest dzielny i potrafi dać przykład. W nie ogrzewanych wagonikach kolejki zmarzliśmy. Już była noc, kiedy wysadzono nas na skraju lasu, przez który wspinaliśmy się oblodzonym „holwegiem”, którym drwale w tym czasie spuszczali pnie drzew. Kiedy słyszeliśmy ostrzegawczy okrzyk drwala, uskakiwaliśmy w śnieg, między stojące drzewa, a obok, koło nas pędziły z łomotem pnie, obijając się o drzewa, do najbliższej polanki na zakręcie, gdzie następny Hucuł wbijał siekierę w pień i kierował go w dół. Skostniali z zimna i bardzo zmęczeni, ale cali dotarliśmy do niedawno zbudowanego, drewnianego schroniska na porębie poniżej szczytu Howerli. Nowiutkie schronisko, niewielkie pokoje z piętrowymi łóżkami, centralne ogrzewanie i ciepła woda, kucharki przygotowujące kolację, po prostu raj. Do dziś czuję zapach świeżo ciosanego drzewa i pierzynkę ciepłego powietrza, w którą zostaliśmy otuleni. Zająłem oczywiście górne łóżko. Chciałem mieć wolną przestrzeń nad sobą. Już wtedy zaczęła się chyba rodzić moja klaustrofobia. Mieliśmy codziennie naukę jazdy na nartach na zboczach Howerli. Wychodziliśmy zaraz po śniadaniu, a palce u nóg i rąk wyłamywał mi nieznośny ból, od którego miałem łzy w oczach. To były jakieś zaburzenia w krążeniu związane pewno z wiekiem dojrzewania. Po pewnym czasie ból ustawał i zostawała sama przyjemność jazdy na nartach. Wracaliśmy przez porębę, co przy naszym braku umiejętności było niezwykle hazardowym przedsięwzięciem. Pokonanie tego ostatniego odcinka przed powrotem do schroniska, dawało nam masochistyczną przyjemność przełamania własnego strachu. Zaawansowani narciarze wyruszyli na parudniową wycieczkę na Pop Iwan. Potem zorganizowano narciarską „pogoń za lisem”. Nie mieliśmy jednak szans złapać lisa, którym był najlepszy narciarz w drużynie. Wielkim przeżyciem był Nowy Rok. Ledwie zasnęliśmy w noc Sylwestrową, kiedy zbudził nas alarm i wymarsz w góry, gdzie starsi harcerze ustawili potężny stos drewna – ogromne ognisko, a cała drużyna ustawiona w czworobok wysłuchała rozkazu dziennego „Zeusa”. Śpiewaliśmy kolędy i pieśni harcerskie, a potem – z zapalonymi pochodniami w dłoniach zjechaliśmy do schroniska na zasłużony sen. Dobrze pamiętam ten zjazd, kiedy cienie układały się na śniegu w niespodziewany sposób i trzeba było zjeżdżać na elastycznych, ugiętych kolanach, bo narty uciekały w dół, albo podchodziły niemal pod gardło. Zaledwie 30 lat wcześniej Czarnohora, to były „góry zupełnie dzikie i prawie nie dostępne”, jak o nich pisała pionierka polskiego narciarstwa Ewa Dzieduszycka. „Wprawdzie przez Worochtę przechodziła kolej do Rumunii, ale w górach nie było mowy, o żadnych schroniskach, lub choćby zagospodarowanych kolibach... Z Worochty wyszliśmy (w góry na „ski”) o świcie. Znajomy Hucuł starał się odwieść nas od szalonego czynu: - Nie idit’y pod Hoverlu!, zawodził, tamże wowki i nied’wiedi!” Wiele lat po dramatycznej nocy spędzonej w oblężonej przez wilki kolibie stwierdziła: „...przeżyłam bombardowania z samolotów i byłam pod obstrzałem artyleryjskim, ale nie czułam aż tak przerażającego strachu, jak w tamtej samotnej kolibie, otoczona przez rozwścieczone bestie.” Rok później mieliśmy obóz narciarski w Kościelisku. Zaawansowani narciarze, a wśród nich Alek, Długi, Zośka, Słoń, Czarny Jaś i Mały Tadzio, wyruszyli na wycieczkę szczytami Czerwonych Wierchów. Moje umiejętności narciarskie nie były dostateczne, żeby do nich dołączyć. Było to ostatnie zimowisko przed wojną.

środa, 8 października 2014

Herb

W roku 1956, w stopniu kapitana, po przeszło sześcioletniej służbie, zostałem wreszcie zwolniony z wojska. Zgodnie z „procedurą” odwiedzałem kolejno lekarzy wszystkich specjalności. Na drzwiach jednego z gabinetów zobaczyłem tabliczkę: kpt. Bogusławski, lekarz neurolog. Wszedłem i przedstawiłem się: kapitan Bogusławski, architekt. Lekarz spytał: „A jakiego pan jest herbu?” „Korab” – odpowiedziałem. „No to nie jesteśmy kuzynami, bo ja jestem Jastrzębiec”. Trochę dziwna rozmowa w czasach komuny. Po krótkiej wymianie poglądów na temat Ludowego Wojska Polskiego spytał: „Jak się pan teraz czuje?”. „Świetnie – odpowiedziałem – bo idę do cywila”. „I nic panu nie jest?” „Nie, z wyjątkiem tego, że jak w kasynie oficerskim patrzę na te mordy wokół, to robi mi się niedobrze”. „Od razu?” „Nie, mniej więcej po godzinie”. Otrzymałem skierowanie na sondę żołądka. Okazało się, że mam owrzodzenie opuszki dwunastnicy. Przy następnej wizycie spytałem: „Skąd pan wiedział, że cos u mnie jest nie w porządku?” Powiedział: „Ma pan budowę nerwicowca i 6 lat przymusowej służby w wojsku musiało wpłynąć na pana zdrowie. Po pewnym czasie choroba rozwinęła się i przeleżałem kilka tygodni w łóżku. Leków na chorobę wrzodową dwunastnicy nie było. Mój organizm na choroby reaguje snem, więc jak lekarz zalecił mi leżeć i spać, nie było z tym problemu, tym bardziej, że zapisał mi jakieś środki nasenne, a dietę sprowadzić do jednej szklanki gotowanego mleka z jednym surowym żółtkiem, rozcieńczyć to wodą i pić po szklance takiej lury kilka razy dziennie. Przespałem miesiąc, budząc się tylko na popijanie rozwodnionego mleka i wizyty w łazience. Pomogło! Potem, przez kilka lat starałem się żyć na mleku i przetworach mlecznych. Dopiero dwuletni pobyt w Anglii, gdzie prowadziłem bardzo regularny tryb życia pracując, jako architekt w GLC sprawił, że ustąpiły wszystkie dolegliwości fizyczne, łącznie z bólami reumatycznymi i leczonym stanem zapalnym zatok.

poniedziałek, 29 września 2014

Znachor

Po powrocie z kontraktów w Azji i Afryce postanowiliśmy ustatkować się i wypoczywać zakotwiczeni na wsi, we własnej chałupie. Po dłuższych poszukiwaniach udało się nam znaleźć w Woli Szydłowieckiej na skraju Puszczy Bolimowskiej opuszczone gospodarstwo po zmarłym wiejskim kowalu, który w swojej zagrodzie pracował w drewnianej, kurnej kuźni. Poznaliśmy tam prostych, niewykształconych, ale czasem ciekawych ludzi, których obdarzaliśmy szacunkiem i prowadziliśmy z nimi długie rozmowy. Jednym z nich był blacharz,który montował nam rynny na chałupie. Na miejscu wymierzył co było trzeba i po paru dniach zajechał do nas na stareńkim motorowerze Sachsa, z doczepioną, dwukołową przyczepką rowerową własnej roboty, a na niej przywiózł wykonane w swoim warsztacie długie rynny blaszane. Wszystko pasowało, byliśmy zaskoczeni precyzją i przemyślnością tego prostego człowieka. Opowiadał nam, że był uważany w okolicy za znachora i pomimo jego protestów, ludzie przychodzili do niego po porady. Zaczęło się od tego, że miał chore stopy, które bolały go, pociły się okrutnie i śmierdziały tak, że trudno było wytrzymać! Kiedyś, krył dach blachą cynkową podczas deszczu. Zdjął buty, żeby się nie poślizgnąć i łaził po tej blasze na bosaka. Od tej pory nogi przestały mu się pocić i już nie śmierdziały. Sąsiadowi, który cierpiał na podobną przypadłość poradził, żeby włożył kawał blachy cynkowej do dużej miednicy i zaczął w niej moczyć nogi, pocierając stopami o blachę. Sąsiad został wyleczony i wtedy – zaczęło się. Nikt nie chciał wierzyć, że to był przypadek, że nie posiada żadnej tajemnej wiedzy, że nie jest znachorem. Jednakże dawał ludziom różne rady, co czasem skutkowało, a wyleczeni ludzie rozpowiadali o talentach blacharza – znachora.

piątek, 26 września 2014

Błogosławione pokrzywy

Wędrowaliśmy z Włodkiem przez Gorce i Pieniny. Żona Włodka, Danusia z małym Jackiem zamieszkała w jakiejś chałupie, w Rabce. Ja przyjechałem do nich na parę dni, żeby z Włodkiem powłóczyć się po górach. W powrotnej drodze, przy zejściu z Trzech Koron do Czorsztyna w deszczu, przy chłodnych podmuchach wiatru, moje kolana obciążone parogodzinnym, nieustannym schodzeniu w dół spuchły i rozbolały. Nocowaliśmy po drodze do Rabki w jednej z ostatnich, podszytych wiatrem kurnych chat we wsi Maniowy nad Dunajcem. Rano – z trudem powłóczyłem nogami. Kiedy dotarliśmy do Rabki, gospodyni wzięła mnie pod opiekę. Przyniosła naręcze świeżych pokrzyw i powiedziała: „Zbijcie całe nogi tymi pokrzywami. Zostawcie włoski z pokrzyw przez kwadrans – niech się jad pokrzywy weżre wam w ciało, a potem zetrzyjcie je z nóg i przykryjcie się ciepło.” Po tym zabiegu dostałem dreszczy i wysokiej gorączki. Rano – kolana były zdrowe. Wstałem i… zatoczyłem się na ścianę. Nie miałem siły utrzymać się na nogach bez opierania o ścianę. Kuracja była ostra, ale okazała się skuteczna. Potem, przez wiele lat stosowałem obijanie pokrzywą obolałych stawów, kiedy czułem taką potrzebę. Zawsze działało. W biurze, na Królewskiej, nasza kreślarka Lidzia zrywała rano nad Wisłą świeże pokrzywy i w pracowni, za drewnianą szafą, dziewczyny z Ewą na czele tłukły mnie po ramionach, które najczęściej mi dokuczały.

środa, 24 września 2014

Żmije

Był rok 1952. Już od paru lat byłem oficerem na służbie komuny w „Ludowym Wojsku Polskim”. Nadszedł długo oczekiwany urlop i ochoczo zrzuciłem mundur. Wędrowaliśmy z przyjaciółmi górami, z Wisły, na wschód. W Krynicy zostaliśmy sami z Anną; Brutalny, prostacki świat wojska wydawał się odległy i nie realny. Było cudownie! Po nocach spędzonych w prymitywie górskich chat i schronisk, wykąpani w krystalicznie czystej wodzie Popradu w Muszynie, zanocowaliśmy na prywatnej kwaterze, w czystej pościeli, na miękkim łóżku, żeby następnego dnia znów zanurzyć się w surowym świecie gór. Po paru dniach znaleźliśmy się w Bieszczadach. W Komańczy spotkaliśmy kilka osób, które też zapragnęły poznać smak przygody na tym opuszczonym przez ludzi, zdziczałym, wydawało się, że zapomnianym przez wszystkich zakątku, u zbiegu granic ZSRR i Czechosłowacji, gdzie stałymi mieszkańcami byli tylko żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza. W naszej grupie „łazików” znajdował się młody człowiek, który w czasie wojny pracował w Bieszczadach przy wyrębie lasów. Drewno stawiane w „metry” (1x1x1m), było siedliskiem żmij, a te przy załadunku na transport, często kąsały ręce robotników leśnych przygotowanych jednak na takie wydarzenia. Każdy z nich miał za pasem drewniane widełki – do przygwożdżenia żmii do ziemi, nóż i kawałek chleba. Należało żmiję uchwycić poniżej głowy, naciąć ostrożnie skórę i ściągnąć podskórną warstwę tłuszczu. Potem – zjeść ten tłuszcz z chlebem. Antidotum zawarte w tłuszczu żmii neutralizowało działanie jadu. Trudność polegała na zręcznym złapaniu tego gada, który właśnie ukąsił i zdjęcie tłuszczu tak, żeby nie „zafarbował” krwią żmii. Rozmawiałem później z wieloma lekarzami na temat tej „kuracji”. Żaden z nich o tym nie słyszał. Dni mijały, urlop się kończył. Trzeba było wracać do Warszawy, do kieratu codziennych obowiązków i zajęć. Zostały tylko wspomnienia niczym nie skrępowanej swobody.

czwartek, 17 czerwca 2010

KOMPLETNIE GŁUCHY

Bolek Januszaniec był bratem mego bezpośredniego szefa. Byli oni synami Polaka, który nie zdążył repatriować się do Polski w czasie Rewolucji w Rosji. Obaj służyli w armii sowieckiej, a do Kraju przybyli dopiero po drugiej wojnie światowej.

Bolek opowiadał mi różne historie z Odessy, gdzie urodzili się i mieszkali. Rodzina Januszańców trzymała drewno na opał na podwórzu, gdzie leżało też drewno sąsiadów. Zauważyli, że ktoś im drewno podkrada. Nadziali więc jedno polano trotylem i rano kuchnia sąsiadów wyleciała w powietrze. Kradzieże skończyły się. Taka była sąsiedzka metoda perswazji.

Bolek chciał zostać architektem. Miał przedstawić na uniwersytecie plik swoich rysunków, a rysować nie umiał. Jego starszy brat Stanisław powiedział: "Nie ważne jak rysujesz. Ważne co rysujesz. Rysuj pomniki wodzów rewolucji.” Bolek dostał się na studia bez problemu.

Bolek został zwolniony z wojska razem ze mną. Po roku zobaczyłem go znów w mundurze. Spytałem: „Nie zwolnili ciebie?” „Zwolnili.” „To dlaczego jesteś w mundurze?” „Bo wstąpiłem do wojska.” „Po co?” „Bo nie miałem mieszkania.” „A teraz masz już mieszkanie?” „Mam.” „I co dalej?” „Właśnie zwalniam się z wojska.” „W jaki sposób?” „Nic nie słyszę. Jestem głuchy, jak pień. Możesz do mnie mówić, a ja nic nie słyszę...” Wkrótce znów był cywilem.

czwartek, 10 czerwca 2010

URSZULA

Przyjaciółce Haliny dolega poczucie winy, niedosyt cierpienia.

Po Powstaniu, została więźniem Oświęcimia. Nikt jej nie bił, przeżyła obóz komfortowo, w porównaniu do innych – i to ją do dziś dręczy. Że inni byli zabijani, umierali, cierpieli, a ona przemknęła przez obóz omal bezboleśnie. Po wojnie Urszula wyszła za mąż, osiadła w Londynie i urodziła dwie córki. Wkrótce straciła męża. Jedna z córek jest niedorozwinięta,

druga – urodziła się bez ręki, jest skrajną egoistką, założyła rodzinę i odrzuciła matkę, która okazała się już nie potrzebna. Może więc cierpienie Urszuli dopełniło się?

piątek, 30 kwietnia 2010

X. RADZIWIŁŁ

W czasie Powstania. Janusz X. Radziwiłł, którego Tada znał z przed wojny przebywał w swoim pałacu na Tłomackiem (dziś – Trasa W-Z). Pałac znajdował się wówczas po niemieckiej stronie frontu na Starym Mieście. Rezydującym w pałacu dowódcą odcinka był niemiecki arystokrata, znajomy Radziwiłła. Po stronie polskiej dowodził na tym odcinku Tada. Książe otrzymał zgodę na przejście na polską stronę i złożenie wizyty Tadzie, któremu zaniósł parę butelek białego wina ze swojej piwnicy. Oświadczył, że to wino ma służyć do golenia. (Wody już wówczas na Starówce nie było.) Rano nastąpi atak niemiecki, a polski oficer powinien iść do boju ogolony! Po krótkiej rozmowie X. Radziwiłł wrócił do swego pałacu. Rano Tada i jego podkomendni stanęli do walki ogoleni.

PRZYPADEK?

W czasie okupacji brat Zochy - Tada (podporucznik AK) - idąc ulicą Widok, zobaczył znanego mu z widzenia człowieka, który wrzucał list do skrzynki pocztowej. List obsunął się i upadł na chodnik. Tada podniósł go i zobaczył adres: Gestapo, aleja Schucha. Schował list do kieszeni, a w domu otworzył go i znalazł donos na siebie, w którym został opisany, jako członek tajnej organizacji – konspiracji polskiej. Tada oczywiście zniszczył ten list.

czwartek, 29 kwietnia 2010

HONOR Z POD CIEMNEJ GWIAZDY

Przed wojną mieszkaliśmy na Powiślu – na Zagórnej. Niedaleko, na Solcu była fabryczka ojca, gdzie stał blaszany garaż. Kiedy jechaliśmy samochodem, ojciec zostawiał nas przed domem, a sam odstawiał samochód do garażu. Kiedyś, późnym wieczorem, na drodze z garażu do domu zastąpiło mu drogę dwóch bandziorów. Jeden z nich wyciągnął nóż i powiedział: „Dawaj zegarek i portfel, bo jak nie to wypruję ci flaki z brzucha.” Drugi zatrzymał go: „Zostaw, to nasz.” Bandyci swój honor mieli i nie atakowali sąsiadów.

środa, 28 kwietnia 2010

UBI TU CAIUS, IBI EGO CAIA

(zapiski nie uładzone)

Nosiło nas z Ewą i dziećmi po świecie. Fascynowały nas nieznane kraje, nieznani ludzie. Staraliśmy się zrozumieć i szanować tych ludzi i byliśmy przez nich szanowani. Nie zdobyliśmy fortuny, ale przeżyliśmy ciekawe chwile, poznaliśmy inne wierzenia i inne hierarchie wartości. Cenimy sobie te wspólnie przeżyte na „włóczędze” lata.

Większość ludzi stawała się zgorzkniała i nieszczęśliwa w oczekiwaniu na koniec kontraktu i powrót do domu z kiesą zarobionych i zaoszczędzonych pieniędzy.
A nasze „cygańskie” wędrówki rodzinne, po kilka lat spędzanych w tak różnych regionach świata, jak Centralna Azja, Zachodnia Afryka, czy Środkowy Wschód, stały się naszym normalnym życiem. Żyliśmy bez poczucia tymczasowości, mając świadomość, że nie błąkamy się po świecie, bo jesteśmy zakotwiczeni w Polsce.

Gosposia

Po wojnie, kiedy mieszkałem z rodzicami, w Warszawie, a wszyscy troje pracowaliśmy, mieszkała z nami „Gosposia” - Wilnianka - kobieta już nie młoda, samotna, która straciła męża i syna, zabitych przez znienawidzonych bolszewików.
Po ucieczce Sowietów, w wyniku ofensywy niemieckiej 1941 roku, mieszkańcy Wilna odnaleźli na dziedzińcu więzienia zwłoki pomordowanych więźniów, którzy przed śmiercią byli torturowani. Syn Gosposi, aresztowany za przynależność do harcerstwa, miał głowę przebitą drutem, przeciągniętym przez uszy...
Rozstrzelani księża mieli żywcem pozdzieraną w kształcie krzyża skórę na piersiach.
Więźniowie byli przed śmiercią krępowani drutem kolczastym. Wielu miało zmiażdżone palce u rąk i nóg.
Ta bogobojna kobieta nienawidziła też pijaków. Powiedziała kiedyś, że nie podałaby szklanki wody konającemu pijakowi, bo za pomoc pijakowi nie miałaby nagrody w niebie...

wtorek, 27 kwietnia 2010

Zbiórka makulatury

Pracowałem tu w latach 1961-1963.
W moim pokoju pod „rajzbretem” piętrzył się stos literatury partyjnej, już nie celebrowanej
przez POP (podstawowa organizacja partyjna – obecna w każdym przedsiębiorstwie, urzędzie i instytucji). Pewno nikt nigdy z tych książek nie korzystał, ale biblioteczka partyjna była świętością dla każdej komórki PZPR. Po „październiku” (56), książki zostały złożone w kącie, ale nikt nie odważył się ich wyrzucić, a mnie przeszkadzały w pracy. Sekretarz partii powiedział, że są mu niepotrzebne i mogę je sobie zabrać. Co dzień, po pracy wynosiłem po kilka książek, wyrywałem tylko kartki z pieczątką „POP Społem”. Mój syn Leszek zanosił książki do szkoły i okazało się, że dostarczył najwięcej makulatury w roku szkolnym, za co otrzymał podziękowanie za wzorową obywatelską postawę.

Lenin w Poroninie

Był rok 1958. W Bukowinie Tatrzańskiej miałem opracować koncepcję sanatorium dla inwalidów. Zabrałem ze sobą Halinkę i Leszka. Zamieszkaliśmy w Domu Wczasowym, gdzie królował KOwiec (instruktor kulturalno-oświatowy), były nauczyciel, miejscowy góral. Siedzieliśmy właśnie w słońcu na ławeczce, kiedy obok przechodził trzymając za pośladki dwie młode tęgie, głupawo uśmiechnięte Ślązaczki. Halinka spytała: „A co żona na to?” „A niech ją pani spyta, tam idzie po ścieżce górą.” A górką szła góralka w chustce na głowie, uginając się pod dwiema bańkami pełnymi mleka. Halinka spytała: „I co, nie ma pani nic przeciwko temu, że mąż tak wczasowiczki obściskuje?” „A co mi tam” odpowiedziała. To mnie zaciekawiło, więc spytałem: „Jak pan to robi?” „Bardzo prosto. Kiedyś miała do mnie pretensje, to ją spytałem, co chcesz to masz? Mam, powiada... Kiedy chcesz masz? Mam, powiada... Jak chcesz masz? Mam... A ile chcesz też masz? Mam... To, co ja mam z resztą zrobić?” Trudno było odmówić logiki tym argumentom.

Parę dni później opowiadał nam, jak jego dziad, który był we wsi sołtysem został wezwany do proboszcza, nękanego skargami górali na jakiegoś cepra, „co tu ludzi przeciwko Bogu buntuje”. Proboszcz powiedział: „Zawołajcie jakiegoś gazdę, weźcie razem tego cepra za hajdawery i odstawcie furmanką ziandarmom do Poronina – niech go tam zamkną”.
Tak pamiętają górale „wielkiego” Lenina w Poroninie, gdzie przez wiele lat było jego muzeum i dokąd partyjni działacze organizowali masowe pielgrzymki.

Wypadek w wieku 95 lat

Po zwolnieniu z wojska szukałem pracy. Kierownik zespołu w Biurze Projektów Przemysłu Piwowarskiego sympatyczny, jowialny, starszy pan ucieszył się. „Architekt? Świetnie, bo wie pan, my projektujemy nawet obiekty z oknami, więc przyda się nam architekt.” W trakcie pogawędki dowiedziałem się, że ten pan jest synem zesłańca i urodził się na Syberii, gdzie wielu ludzi nie wytrzymuje ostrego klimatu i słabi wcześnie umierają, ale zdrowi nabierają odporności i długo żyją. On właśnie pochodził z długowiecznej rodziny. Jego ojciec wprawdzie zmarł, kiedy miał 95 lat, ale to był wypadek – spadł z konia!

Nimfa Kalipso

Oto nieupiększone wspomnienia z lat szkolnych.
Tak widział Gimnazjum Batorego nie wzorowy uczeń, a przeciętny chłopiec, który miewał kłopoty z „zachowaniem”, a na którym Szkoła pozostawiła ślad na całe życie.

Dotąd ze wzruszeniem wspominam takich nauczycieli, jak wymagający i wydawało się nam bezduszny łacinnik „Kalafior” Popławski, który okazał się dzielnym , bojowym oficerem AK
i zginął podobno w Powstaniu, na Starówce.

Pamiętam dobrotliwego fizyka, nazywanego przez nas „Dyzio Balonik” (Fotyma) i dość wydawałoby się ambiwalentnego chemika „Senciu” Lewickiego, u którego w mieszkaniu, w czasie okupacji, zaliczałem chemię, kiedy „Senciu” łaził na czworakach po podłodze, zabawiając swego nieznośnego wnuka.
A „płeć piękna? Historyczka „Honoratka” Obuchowska – duża i urocza kobieta, oraz „Nimfa Kalipso” Lalewiczowa, z której urody bezlitośnie zakpili twórcy jej przezwiska. Spotkałem „Nimfę Kalipso” po wojnie, na zagruzowanych jeszcze ulicach Warszawy. Ucieszyła się i popłakała. Powiedziała: kiedy jestem na Powązkach, na harcerskich grobach, to tak, jakbym odczytywała listę obecności z klasowego dziennika.

Pamiętam też prostodusznego i rubasznego księdza Kunerta, z malowniczą szramą przez cały policzek. Krążyły dwie wersje na ten temat. Jedna, że był w kawalerii na froncie bolszewickim w 1920 roku i został ranny szablą w czasie szarży ułańskiej. Druga wersja – że był chemikiem i został ranny w czasie wybuchu w laboratorium, podczas ryzykownego eksperymentu. Pewno żadna z tych wersji nie była prawdziwa.

Na koniec – dyrektor Radwański zwany przez nas „Satyrem”, z racji siwej, koziej bródki. Pozornie groźny, ale wyrozumiały pedagog, któremu wskoczyłem na brzuszek, w pierwszym dniu mojego pobytu w szkole.

A tacy wspaniali ludzie, jak geograf Domański - „Zeus”, nasz drużynowy, czy anglista Prejbisz, który grał z nami w piłkę nożną i nie miał jeszcze przezwiska, albo matematyk Stefan Wysocki, który był szanowanym przez nas wychowawcą i usiłował nas (raczej bez skutku), umuzykalniać... Gdzie teraz są tacy nauczyciele?

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Gimnazjum Batorego

Jesienią 1937 roku zostałem przyjęty, po egzaminie konkursowym , do gimnazjum Batorego. Muszę przyznać, że nie byłem dobrym uczniem i uplasowałem się na szarym końcu przyjętych do gimnazjum chłopców. Ale udało się. Ja nie lubiłem uczyć się na pamięć i nawet tabliczki mnożenia przez wiele lat nie umiałem. Jednak lenistwa nie da się usprawiedliwić.

Byłem ruchliwym, małym urwisem, któremu trudno było usiedzieć dłużej na jednym miejscu.
W kilka dni po rozpoczęciu zajęć odkryłem, że rzeźbiona w kwadraty, szeroka poręcz na schodach doskonale nadaje się do zjeżdżania na nogach i wykonywania narciarskiego skoku ze słupka na podeście schodów. Podczas takiego skoku, w czasie przerwy, wylądowałem piętami na brzuszku „Satyra” – dyrektora Radwańskiego, który akurat wchodził na górę po schodach. Biedny „Satyr” (miał bródkę przyciętą w szpic i dlatego chłopcy tak go nazywali), stracił oddech i jedno, co był w stanie wykrztusić z siebie, było: „Chłopcze, nie rób tego więcej”. Na szczęście nie znał jeszcze mego nazwiska i w ten sposób „upiekło mi się”. Jednakże, przez długi czas, schodziłem z drogi dyrektorowi, żeby nie skojarzył sobie mnie z tym nieszczęsnym skokiem na schodach.

Codziennie, przed lekcjami, wszyscy uczniowie zbierali się w auli, gdzie ustawieni klasami śpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze” i skomponowany przez będącego wówczas w klasie maturalnej Witolda Lutosławskiego, do słów St. Młodożeńca, hymn Szkoły „Pochodem idziemy”. Zwykle „Satyr” zwracał się w krótkich słowach do uczniów. Pamiętam takie przemówienie: „Jakieś łobuzy kasztany po szkole ciskają. Ja tego tolerować nie będę. Ja was do Lelewela odeślę.” Trzeba wyjaśnić, że wówczas Gimnazjum i Liceum imienia Stefana Batorego miało numer 1 i było najlepszą państwową szkołą w Warszawie (może nie tylko w Warszawie?), zaś szkoła imienia Joachima Lelewela była w Warszawie najsłabszą średnią szkołą państwową.

Szkoła Batorego wyróżniała się wolnymi od nauki czwartkami poświęconymi na zajęcia fizyczne takie, jak piłka nożna, zabroniona w innych szkołach, pływanie, tenis i -oczywiście- gimnastyka. Basen szkolny miał podobno wrażliwy system filtrów i dlatego wszyscy pływaliśmy nago, wraz z nauczycielem gimnastyki panem Lechowskim. Wzorowaliśmy się na atletach greckich, choć daleko nam było do ich sprawności fizycznej.

W czasie dużej przerwy schodziliśmy wszyscy, klasami, do podziemi, z nauczycielem z ostatniej przed tą przerwą lekcji i siadaliśmy przy długich stołach (każdy stół – dla jednej klasy). U szczytu stołu siadał nauczyciel. Śniadania przygotowywały kucharki, pod okiem dyżurnych pań z Koła Matek. Dla każdego ucznia przygotowane były na talerzu dwie kromki białego chleba z masłem i wędliną (najczęściej z szynką), lub żółtym serem, oraz kubek herbaty, albo białej kawy zbożowej. Prócz tego, na stołach ustawione były kosze z kromkami razowego chleba z masłem dla tych chłopców, których apetyty nie zostały zaspokojone porcjami na ich talerzach. W dzbankach na stołach była dodatkowa herbata, albo kawa.
Składka na śniadania wynosiła 5 złotych miesięcznie, co było nie małym obciążeniem dla mniej zamożnych rodziców (czesne za szkołę wynosiło 20 złotych miesięcznie!). W wypadkach, kiedy rodzice nie mogli opłacać śniadań, byli z tych opłat zwalniani pod warunkiem, że nikt, w tym również ich syn, nie mógł o tym wiedzieć. Ten takt i szacunek dla człowieka niezamożnego był charakterystyczny dla atmosfery panującej w szkole.
Podczas zjazdu uczniów i wychowanków Batorego w roku 2003 zaskoczony byłem bufetem pełnym słodyczy i różnych napoi, prowadzonym przez prywatną osobę (firmę?). Za pieniądze (jeśli się je ma), można dostać wszystko. Bez pieniędzy – nic. To już nie ta sama szkoła... Przykro.

Przeczytałem gdzieś gorzkie wspomnienia Andrzeja Łapickiego, który uczęszczał do Szkoły Batorego jeszcze przed wojną. Napisał z nutą nagany, że niektórzy uczniowie przywożeni byli do Szkoły samochodami. Dobrze pamiętam, że nie wolno było podwozić uczniów bezpośrednio pod Szkołę, ażeby ich nie wyróżniać. Ja uważam przedwojenną Szkołę Batorego za kuźnię koleżeństwa i równości.

Pod koniec roku szkolnego każda klasa wyjeżdżała gdzieś na tydzień, na wycieczkę. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek z moich kolegów nie wyjechał na taką wycieczkę, a więc sądzę, że i w takim wypadku niezamożni rodzice nie ponosili dodatkowych kosztów.
Dwa razy brałem udział w takich wycieczkach. W roku 1938 byliśmy w schronisku nad jeziorem Charzykowskim. Od razu podzieliliśmy się na dwie grupy. Część z nas pobiegła na piętro, a reszta została na parterze. I tak narodziły się dwie wspólnoty: górali i doliniarzy. Podział i solidarność „terytorialna” narodziły się natychmiast. Tak pewno powstają też „małe ojczyzny” – bez zamierzenia, po prostu automatycznie. Ten podział utrzymywał się tak długo, jak długo mieszkaliśmy w schronisku.

Naszym opiekunem na wycieczce był Antoni Prejbisz – nauczyciel języka angielskiego. Prejbisz, po pobycie na jednym ze sławnych uniwersytetów angielskich (Cambridge, albo Oxford), wprowadził nowatorskie stosunki między nauczycielami, a uczniami. Biegał po boisku jak my, w krótkich spodenkach i grał z nami w piłkę nożną. Po pierwszym meczu zarządził, że w jego drużynie będą grali wszyscy uczniowie, którzy mają słabe stopnie z języka angielskiego. Chciał na przyszłość uniknąć kopniaków, jakie w tym meczu oberwał. Ja też miałem odtąd grać w jego drużynie.
Wiosną 1939 roku byliśmy na wycieczce nad morzem w Lisim Jarze, koło Jastrzębiej Góry. Z wycieczki tej pamiętam tylko przejazd pociągiem przez „Wolny” Gdańsk, gdzie na stacji któryś z kolegów wyrzucił na peron papierek. Wyskoczyłem z wagonu i podniosłem go. Widział to nasz wychowawca Stefan Wysocki i pochwalił mnie za „obywatelską” postawę. Niewiele otrzymywałem pochwał w szkole. Może dlatego utkwiło to w mojej pamięci?

Profesor Wysocki prowadził z nami lekcje umuzykalnienia, podczas których kazał nam słuchać płyt gramofonowych z nagraną muzyką klasyczną. Był to mój pierwszy kontakt z poważną muzyką, choć przedtem uczęszczałem w szkole na zajęcia orkiestry. Uczyłem się grać, (ku utrapieniu mojej rodziny, bo ćwiczyłem grę również w domu), na trąbach: najpierw na alcie, a potem na kornecie. Skończyło się to zabawnie. Była zima, piękny śnieg, ja po harcerskim obozie narciarskim. Postanowiłem pojeździć na nartach, zamiast iść na zajęcia w orkiestrze. Pech chciał, że w powrotnej drodze, idąc z nartami na ramieniu, spotkałem na ulicy nauczyciela od orkiestry. Spytał mnie czemu nie byłem na zajęciach? Odpowiedziałem głupio: „bo mnie gardło boli” i tak zawstydziłem się swojej głupiej wymówki, że zrezygnowałem z grania w orkiestrze i więcej już nie poszedłem na próbę.

W październiku 1939 roku zaczęliśmy odgruzowywać zniszczony bombą jeden z budynków mieszkalnych przy ulicy Myśliwieckiej i porządkować budynek szkoły, gdzie pod aulą leżał niewybuch 500 kilogramowej bomby lotniczej, która mogłaby zniszczyć całą frontową część budynku Szkoły. Wkrótce jednak Niemcy wywiesili flagę ze swastyką i zajęli Szkołę dla swojej młodzieży. Kiedyś zobaczyłem tam kolegę z mojej klasy Andrzeja Skarbek-Telszewskiego, wychodzącego z budynku w mundurze Hitlerjugend. W kilka lat później, po zdaniu egzaminu do Szkoły Wawelberga, Skarbek znalazł się znów w tej samej klasie ze mną i z Jędrusiem Witulskim. Wzięliśmy go między siebie na przerwie i spytaliśmy naiwnie – co robił w mundurze HJ? Zbladł, zaczął się wypierać, poczym wyszedł i więcej się nie pokazał.
Nasz wspólny kolega Kazik Radwański, po wyjściu z obozu jenieckiego w Niemczech, zobaczył Skarbka idącego w mundurze podchorążego AK. Kazik jechał wojskowym jeepem. Zanim zatrzymał go i wyskoczył, Skarbek zniknął. Nigdy więcej o Skarbku nie słyszałem.

Już pod koniec1939 roku rozpoczęliśmy naukę na „kompletach”. Tajne nauczanie prowadził w naszej piątce Prejbisz wraz z dwiema młodymi nauczycielkami. Mieszkaliśmy w alejach Jerozolimskich u wylotu Kruczej, która wówczas kończyła się tu ślepo. W naszym mieszkaniu na 1szym piętrze mieściło się biuro mego ojca. W czasie nauki, kiedy siedzieliśmy w małym pokoju, w biurze zjawiło się dwóch gestapowców, którzy zamknęli się na rozmowę z moim ojcem w jego gabinecie. Moja mama natychmiast ewakuowała nauczyciela i kolegów, wypuszczając ich pojedynczo kuchennymi schodami. Wkrótce gestapowcy rozpoczęli powierzchowną rewizję całego lokalu. Mój ojciec został aresztowany.

W ramach nauki języka polskiego Prejbisz zadał nam wypracowanie: „Prawdą, czy kłamstwem, czym powinna kierować się propaganda?” Podtekst był oczywisty. Wiadomo było, że niemiecka propaganda nie szanowała prawdy, a Goebels był mistrzem kłamstwa.
Jednak ja, z wrodzoną sobie przekorą napisałem, że mogą się zdarzyć takie wypadki, kiedy kłamstwo w propagandzie może być rozgrzeszone, a nawet konieczne. Tego było za wiele!
Prejbisz potraktował moją wypowiedź jako zniewagę i więcej nie pojawił się na naszych kompletach. Do dziś jeszcze nie jestem pewien, czy miałem rację? Czy miałem prawo twierdzić, że nie wszystko jest czarno-białe? Że tak twierdzą ortodoksi, hipokryci i święci?

Po roku zacząłem uczęszczać na „kursy przygotowawcze do liceów zawodowych” na Hożej.
To była zakamuflowana czwarta klasa gimnazjum ogólnokształcącego. Uczyło tam wielu nauczycieli od Batorego, a wśród nich nauczyciel matematyki Mieczysław Czyżykowski, który po wojnie został profesorem matematyki na Politechnice Warszawskiej. O nim właśnie chcę opowiedzieć. Ja, pisząc klasówkę, ściągałem jak zwykle. Nie starczyło mi jednak sprytu, żeby przewidzieć skutki napisania dobrze klasówki i nauczyć się tego materiału. Czyżykowski był zaskoczony świetnym poziomem „mojej” pracy i zaprosił mnie do tablicy a ja nie umiałem rozwiązać zadań, które odpisałem od kogoś. Koniec roku szkolnego był blisko. Czyżykowski był zawsze uprzedzająco grzeczny i zwracał się już do nas per „pan”. Powiedział: „Panie Bogusławski, pan jest kompletny tuman. Nie podejmuję się więcej pana uczyć”. Wróciłem do domu zaskoczony. Może ja rzeczywiście jestem tuman? Zacząłem czytać i przerabiać zadania szkolne z mojego zeszytu, kupiłem „Lilavati” i „Śladami Pitagorasa”, a matematyka zaczęła mnie interesować. Okazało się, że nie wymaga ona bezmyślnego wkuwania wzorów na pamięć. Jest logiczna, a wzory można sobie wyprowadzać samemu. Matematyka pochłonęła mnie kompletnie. Po dwóch miesiącach zaznajomiłem się również z przerobionymi tematami i wydało mi się że, że taką klasówkę, jaką ściągnąłem bezmyślnie można traktować, jako zabawę - coś w rodzaju łamigłówki do rozwiązania. Poszedłem więc do Czyżykowskiego i poprosiłem go, żeby mnie przepytał. Odpowiedział: „Po co? Szkoda czasu.” Wezwał mnie jednak do tablicy i przez całą godzinę lekcyjną rozwiązywałem różne zadania i wyprowadzałem wzory. Po dzwonku powiedział: „Zaskoczył mnie pan, panie Bogusławski. Nie mogę panu postawić piątki, bo cały rok, a pewno i dużo dłużej pan się nie uczył. Stawiam panu czwórkę.”

Na jesieni 1941 zdałem bez trudu egzamin do Szkoły Wawelberga, jednakże wkrótce usunięto mnie wraz z innymi, którzy nie ukończyli 18 lat. Z takich „wyrzutków” utworzono prywatne, dwuletnie liceum mechaniczne T. Synoradzkiego, (w dawnym gmachu Gimnazjum Wojciecha Górskiego), gdzie w pierwszym roku przerabiano pełen kurs maturalny z matematyki, wraz z podstawami rachunku różniczkowego, co było niezbędne do nauki termodynamiki i wytrzymałości materiałów, w drugim roku szkolnym. I tu, niespodziewanie dla mnie samego zostałem drugim matematykiem w klasie. Nie miałem nawyku wkuwania wzorów, które przeważnie wyprowadzałem sobie i w ten sposób zdobyłem przewagę nad „rutyniarzami” – tradycyjnie dobrymi matematykami. Bezdyskusyjnie pierwszy był kolega (nie pamiętam jego nazwiska), który był prawie geniuszem, jak Krzyś Kamiński, z mojej klasy u Batorego (Krzyś został rozstrzelany wraz z ojcem w egzekucji ulicznej, na rogu alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej, na przełomie 1943/1944).

Ostatnie moje spotkanie z profesorem Czyżykowskim nastąpiło przypadkiem nad morzem, w roku 1969. Przypomniałem mu moją „przygodę” matematyczną i wyraziłem mu moją wdzięczność. Dowiedział się ode mnie, że jestem architektem i spytał: „Czy przydaje się panu matematyka w pańskiej pracy? Czy stosuje pan jakieś wzory?” Odpowiedziałem: „Tak, panie profesorze. Matematyka nauczyła mnie logicznego myślenia, systematyki i dokładności, choć żadnych wzorów nie muszę stosować - mam od tego specjalistów. Wydaje się, że do profesora nie dotarło moje wyjaśnienie i stwierdzenie, że matematyka po prostu uporządkowała mój sposób myślenia. (Mam nadzieję!)

Pomarańczarnia

23 WDH była znana, jako pomarańczarnia, od pomarańczowych chust harcerskich.
W grudniu 1937 roku pojechaliśmy na obóz narciarski do schroniska w Czarnohorze, na Huculszczyźnie.

Po nocy spędzonej w przedziałach 3ej klasy, gdzie my - mali spaliśmy na nartach ułożonych w poprzek, na górnych pólkach, kiedy starsi wylegiwali się na plecakach ułożonych między ławkami. Wysiedliśmy na stacji w Worochcie. Było już ciemno i zimno. Mróz, śnieg i oblodzone ulice. Wędrowaliśmy przez miasto do kolejki wąskotorowej, używanej do transportu drewna z wyrębów w górach. Każdy z nas niósł swój plecak i drewniane narty. Nam, małym dwunastolatkom było ciężko i wlekliśmy się w ogonie kolumny maszerującej środkiem ulic. Nasz drużynowy „Zeus” był młodym nauczycielem geografii {w harcerstwie byliśmy z nim per „ty”, ale na lekcjach wszyscy uczniowie zwracali się do niego per „panie profesorze”), kazał nam iść na przedzie i nadawać tempo marszu. Obaj z Jędrusiem Witulskim - „krótkie szkraby”- nadaliśmy takie tempo, że starsi nie mogli nadążyć. Ambicja dodawała nam skrzydeł i sił. Po wielu latach zdałem sobie sprawę, że ledwie powłóczący nogami słabeusz, który nie czuje nawet specjalnego związku ze swoją grupą, postawiony na czele staje się silny i odpowiedzialny za nią, nie zawodzi, jest dzielny i potrafi dać przykład.
W nieogrzewanych wagonikach kolejki zmarzliśmy. Już była noc, kiedy wysadzono nas na skraju lasu, przez który wspinaliśmy się oblodzonym „holwegiem”, którym drwale w tym czasie spuszczali pnie drzew. Kiedy słyszeliśmy ostrzegawczy okrzyk drwala, uskakiwaliśmy w śnieg, między stojące drzewa, a obok, koło nas pędziły z łomotem pnie. obijając się o drzewa, do najbliższej polanki, na zakręcie, gdzie następny Hucuł wbijał siekierę w pień i kierował go w dół. Skostniali z zimna i bardzo zmęczeni, ale cali dotarliśmy do niedawno zbudowanego, drewnianego schroniska na porębie poniżej szczytu Howerli. Nowiutkie schronisko, niewielkie pokoje z piętrowymi łóżkami, centralne ogrzewanie i ciepła woda, kucharki przygotowujące kolację, po prostu raj.

Mieliśmy codziennie naukę jazdy na nartach na zboczach Howerli. Zaawansowani narciarze wyruszyli na parudniową wycieczkę na Pop Iwan. Potem zorganizowano narciarską „pogoń za lisem”. Nie mieliśmy jednak szans złapać lisa, którym był najlepszy narciarz w drużynie. Wielkim przeżyciem był Nowy Rok. Ledwie zasnęliśmy w noc Sylwestrową, kiedy zbudził nas alarm i wymarsz w góry, gdzie starsi harcerze ustawili potężny stos drewna – ogromne ognisko, a cała drużyna ustawiona w czworobok wysłuchała rozkazu „Zeusa”. Śpiewaliśmy kolędy i pieśni harcerskie, a potem – z zapalonymi pochodniami w dłoniach zjechaliśmy do schroniska na zasłużony sen. Do dziś pamiętam ten zjazd, kiedy cienie układały się na śniegu w niespodziewany sposób i trzeba było zjeżdżać na elastycznych, ugiętych kolanach, bo narty uciekały w dół, albo podchodziły niemal pod gardło.

Rok później mieliśmy obóz narciarski w Kościelisku. Zaawansowani narciarze, a wśród nich Alek, Długi, Zośka, Słoń, Czarny Jaś i Mały Tadzio, wyruszyli na wycieczkę szczytami Czerwonych Wierchów. Moje umiejętności narciarskie nie były dostateczne, żeby do nich dołączyć. Było to ostatnie zimowisko przed wojną.

Co roku nasza drużyna przeprowadzała ćwiczenia „w terenie”. Pamiętam ostatnie ćwiczenia, kiedy kilku znanych nam starszych kolegów miało przedrzeć się w przebraniach z Pragi, przez mosty i dotrzeć na umówione miejsce w Śródmieściu. Reszta – w mundurach harcerskich miała ich ujawnić i „wziąć do niewoli”. Sprawdzaliśmy wszystkie tramwaje i autobusy przejeżdżające przez mosty, zatrzymywaliśmy taksówki i dorożki. Przechodnie i pasażerowie, którym wyjaśnialiśmy nasze działania przyjmowali je z sympatią i życzliwym zainteresowaniem. Byliśmy bardzo przejęci i dumni z naszej akcji. Ostatecznie dwóch starszych druhów, przebranych za młodą parę powracającą ze ślubu w dorożce, przedarło się przez nasze straże. W innych ćwiczeniach na terenach podmiejskich brał udział w tropieniu harcerzy samolot Aeroklubu, z którego zrzucano meldunki.

Na zbiórkach robiliśmy sobie „tory przeszkód”, uczyliśmy się topografii, marszu „na azymut”, przerabialiśmy musztrę i słuchali opowiadań z historii harcerstwa, skautingu i historii Polski, począwszy od patrona naszej drużyny Bolesława Chrobrego. Powoli, z niesfornych urwisów kształtowano coraz bardziej świadomych swoich ideałów harcerzy, którzy w czasie wojny stawali się dobrymi żołnierzami uczącymi się i planującymi swoje ewentualne przyszłe życie po wojnie tak, żeby móc odbudować nasz Kraj. Walka zbrojna nie była dla nas celem, a tylko etapem do czekającej nas po wojnie pracy.

W czasie wojny, równolegle do kompletów tajnego nauczania, zbieraliśmy się na zbiórki harcerskie. Opuścił nas nasz przedwojenny zastępowy Dziodek Chrobak, który nb. zginął w kwietniu 1944 roku, po udanej akcji wykolejenia niemieckiego pociągu urlopowego. Zbieraliśmy się zwykle na Chmielnej u Kazika Radwańskiego (ranny w Powstaniu, wrócił w 1948 roku, po pobycie w niewoli i służbie w II Korpusie w Niemczech i Anglii). W naszym zastępie był również Jędruś Witulski (poległ w Powstaniu), Kazik Słoński (w Powstaniu nie brał udziału, z powodu złamanej nogi w gipsie, a po wojnie, wraz z matką i siostrą został „ściągnięty” przez ojca, do Anglii) i Tomek Jaźwiński (świetnie zapowiadający się publicysta, autor wielu artykułów w podziemnej prasie harcerskiej, który wraz z Chyrowiakiem Edkiem Olszewskim podobno został przed Powstaniem, po rozmowach z komunistami w sprawie wychowania młodzieży, przetransportowany na stronę sowiecką i tam słuch po nich zaginął. Nikt oficjalnie nie potwierdził tej tak nieprawdopodobnej historii; wg „Pochodem Idziemy” z 1993r. Tomek-„Julek” zginął w Warszawie w listopadzie 1943). W zastępie Żbików byłem też ja, który nie wziąłem udziału w Powstaniu, bo od kilku miesięcy byłem w partyzantce na terenie Lubelszczyzny.

Nasze harcerskie kontakty trwały do przełomu lat 1941/2. Kiedy pokończyliśmy 16 lat znaleźliśmy się w różnych komórkach konspiracji wojskowej, nie zawsze związanych z harcerstwem, ale w wielu z nas zakorzeniły się na całe życie harcerskie zasady bronienia słabszych i pomagania innym.